<#KEYWORDS:[WORDS:<Ayn Rand - Hymn >]#><#SCROLLS:[BYLINE:1][BYPAGE:1][BYTWOPAGES:0]#><#JLIMIT:[C1LMARGIN:10][C1RMARGIN:630][C2LMARGIN:10][C2RMARGIN:300]#>
<#JUSTIFY:[TYPE:2]#><#FONT:[BOLD:1][FACE:<arial.ttf>][AALIASED:1][SIZEX:12][SIZEY:16][COLOR:0xFFFFFF40]#>Ayn Rand - Hymn
<#FONT:[FACE:<arial.ttf>][BOLD:0][SIZEX:10][SIZEY:12 ][COLOR:0xFFFFFFFF]#><#TITLE:[CAPTION:<Ayn Rand - Hymn>][AUTOSCROLL:1]#>

Crasher Poleca

Gdy wybieram si na sie, zawsze szukam czego, czego nie mog dosta gdzie indziej. Zazwyczaj jest to sowo pisane. Niestety jest wiele rzeczy, ktre w Polsce si nie ukazay drukiem, lub w ogle nie s osigalne. Na szczcie jest jeszcze sie - w ktrej mona znale w caoci teksty niepublikowane nigdzie indziej. Ayn Rand polecam w szczeglnoci fanom Orwella i Huxleya. 
Tekst ten mona znale w sieci, lecz myl e nie stanie si nic, gdy zostanie opublikowany rwnie w The Beast - w kocu nie kady ma dostp do sieci, a poza tym, nie kademu chce si szuka. 
A moe warto by zaoy dzia - <#FONT:[COLOR:0xFF00FF00]#>znalezione w sieci?<#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#> Mam na myli ciekawe zdania, polemiki, dyskusje? Nie wiem, pozostawiam to pytanie main editorom, ale moe warto by byo? Mgbym prowadzi dzia Crasher poleca, lub scenowcy polecaj Edytorzy zastanwcie si, oczywicie teksty te nie liczyyby si do oglnej sumy tekstw. Im wicej tekstu w zinie, tym chyba lepiej. Poza tym w sieci panuje chaos, wic jaki wybr by si przyda, czsto omijaj nas ciekawe, warte poczytania teksty. Oczywicie naleaoby poda rdo - tym razem go nie mam, poniewa tekst cignem dosy dawno, i nie chce mi si znowu szuka tego adresu.
Tyle tytuem mojego wstpu



<#FONT:[BOLD:1]#><#FONT:[COLOR:0xFFB8AA98]#>Ayn Rand<#FONT:[BOLD:0]#><#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#> 
<#FONT:[COLOR:0xFF6B8DFD]#>"Hymn"<#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>

<#FONT:[COLOR:0xFFEDEF61]#>I<#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>
Zbrodni jest to pisa. Zbrodni jest myle sowami, ktrymi nie myli nikt inny i zapisywa je na papierze, ktrego nikt inny nie powinien zobaczy. Jest to nikczemne i ze. To tak jakbymy mwili wycznie do siebie. I my wiemy, e nie ma gorszego przestpstwa, ni myle i robi cokolwiek samemu. Zamalimy prawa. Prawa mwi, e ludzie nie mog pisa dopki si im na to nie zezwoli. Moe bdzie nam to wybaczone.
Ale nie jest to nasze jedyne wykroczenie. Popenilimy gorsze przestpstwo, dla ktrego nie ma nazwy. Nie wiemy jaka kara nas czeka, jeeli zostanie ono wykryte, gdy pami ludzka nie zna takiej zbrodni i nie ujmuj j adne prawa.
Ciemno tu. Pomie wiecy stoi nieruchomo w powietrzu. W tunelu nie porusza si nic za wyjtkiem naszej rki na papierze. Jestemy sami - to straszne sowo sami. Prawa mwi, e aden z ludzi, nie moe przebywa w samotnoci kiedykolwiek i gdziekolwiek, gdy jest to wielkim przestpstwem i rdem za. Lecz my zamalimy wiele praw. I teraz nie ma tu niczego z wyjtkiem naszego ciaa i to jest niezwyke - widzie jedynie dwie nogi wycignite na ziemi, a na cianie przed nami cie tylko naszej gowy. ciany s popkane i woda spywa po nich cienkimi strugami, nie wydajc najmniejszego dwiku, czarna i byszczca jak krew. Ukradlimy wiec ze spiarni Domu Zamiataczy Ulic. Jeli zostanie to wykryte, bdziemy skazani na dziesi lat Paacu Poprawy. lecz jest to niewane, znaczenie ma tylko to, e wiato jest cenne i nie powinnimy go trwoni na pisanie, gdy jest nam potrzebne do tej pracy, ktra jest przestpstwem. Nic nie ma znaczenia oprcz pracy, naszego sekretu, naszego przestpstwa, naszej cennej pracy. Jednak musimy te pisa, gdy moe Rada zlituje si nad nami - chcemy mwi raz wycznie do siebie.
Na imi mamy Rwno 7-2521, tak jest napisane na elaznej bransolecie, ktr wszyscy ludzie nosz na przegubie lewej rki, kady z wyrytymi na nich imionami. Mamy 21 lat. Mamy 6 stp wzrostu i to jest nasze brzemi gdy niewiele ludzi ma taki wzrost - a 6 stp. Wszyscy Nauczyciele i Przewodniczcy wskazywali na nas, marszczyli brwi i mwili "zo tkwi w waszym ciele - Rwno 7 -2521, gdy wyroso ono ponad ciaa waszych braci". Ale my nie moemy zmienia ani naszych koci, ani naszego ciaa.
Urodzilimy si obcieni kltw, ktra zawsze pchaa nas do myli zabronionych. Ona zawsze kazaa pragn tego, czego ludziom pragn nie wolno. Wiemy, e tkwi w nas zo, ale nigdy nie mielimy ani woli ani siy, aby stawi mu opr. To jest nasze zdziwienie i nasz skrywany lk, e wiemy o tym i nie sprzeciwiamy si temu.
Prbowalimy by takimi jak nasi bracia, gdy wszyscy ludzie musz by jednakowi. Nad bramami Paacu Rady wiata wyryte s w marmurze sowa, ktre sobie powtarzamy, gdy jestemy kuszeni do za.
"Jestemy jednym we wszystkich i wszystkim w jednym.
Nie ma ludzi a tylko wielkie MY.
Jedno, niepodzielne i wieczne"
Powtarzamy to sobie lecz nie pomaga nam to. Sowa te byy wyryte dawno temu. obienia liter pokrywa zielony mech i na marmurze zachowanym z zamierzchych czasw powstay te zacieki. Sowa te s prawd gdy wyryte s na Paacu Rady wiata, a Rada wiata jest ciaem prawdy. Tak byo od Wielkiego Odrodzenia i jeszcze wczeniej, od niepamitnych czasw.
Ale nie wolno nam mwi o czasach przed Wielkim Odrodzeniem, bowiem jestemy za to skazywani na paac poprawy. To tylko starzy szepcz o nich wieczorami w Domu Bezuytecznych. Oni szepcz o wielu dziwnych rzeczach; o wieach, ktre wyrastay a do nieba w tych Niewspominanych Czasach, o wagonach, ktre poruszay si bez koni i o wiatach, ktre paliy si bez ognia. Ale byy to ze czasy. I miny bezpowrotnie, gdy Czowiek ujrza Wielk Prawd: e wszyscy ludzie s jednoci i e nie ma adnej woli, oprcz woli wszystkich ludzi razem.
Wszyscy ludzie s dobrzy i mdrzy. Tylko my Rwno 7-2521, my jedynie urodzilimy si z kltw. Gdy nie jestemy jak nasi bracia. I gdy patrzymy wstecz, widzimy, e tak byo zawsze, i e to krok po kroku, przywiodo nas do naszego ostatniego, najwikszego przestpstwa, naszej zbrodni wszystkich zbrodni, ukrytej tutaj pod ziemi.
Pamitamy Dom Dzieci, w ktrym ylimy wraz z innymi dziemi Miasta urodzonymi w tym samym roku, a do ukoczenia piciu lat. Sypialnie byy tam biae i czyste, oprnione z wszystkiego oprcz stu ek. Tak wic, bylimy tacy sami jak wszyscy nasi bracia, z wyjtkiem jednego przewinienia: bilimy si z naszymi brami. Mao jest przestpstw gorszych ni bicie si z naszymi brami, bez wzgldu na wiek i powd. Rada Domu pouczaa nas o tym i spord wszystkich dzieci jednego rocznika my najczciej bylimy zamykani w piwnicy.
Kiedy ukoczylimy pi lat, wysano nas do Domu Uczniw, w ktrym byo dziesi oddziaw, na dziesi lat naszej nauki. Ludzie musz si uczy dopki nie osign pitnastego roku ycia. Pniej zaczynaj pracowa. W Domu Uczniw wstawalimy, gdy zadzwoni dzwon na wiey i szlimy spa gdy zadzwoni ponownie. Zanim zdjlimy ubrania, stalimy w wielkiej sypialni, kady z podniesion praw rk i mwilimy wsplnie z trzema naszymi Nauczycielami na czele:
"Jestemy niczym. Ludzko jest wszystkim. Moemy y dziki asce naszych braci. Istniejemy przez nich, dziki nim i dla nich - naszych braci, ktrzy s Pastwem. Amen"
Potem spalimy. Sypialnie byy biae i czyste, oprnione z wszystkiego z wyjtkiem stu ek.
My Rwno 7-2521, nie bylimy szczliwi przez te lata spdzone w domu uczniw. Nie dlatego, e nauka bya zbyt trudna dla nas, lecz dlatego, e bya ona zbyt atwa.
Rada zawodw przybya w pierwszy dzie wiosny i zaja miejsca w wielkiej sali. A my, ktrzy skoczylimy 15 lat i wszyscy Nauczyciele, weszlimy do sali. A czonkowie mieli do powiedzenia jedynie dwa sowa. Wywoywali imiona Uczniw i kiedy Uczniowie stawali przed nimi mwili kolejno: "Ciela", albo "Lekarz", albo "Kucharz", albo "Przewodniczcy". Wtedy Ucze podnosi praw rk i mwi "Wola naszych braci bdzie speniona."
Jeli Rada powie "Ciela", albo "Kucharz", Uczniowie przeznaczeni do tych zawodw id do pracy i nie ucz si ju wicej. Ale jeli Rada powie "Przewodniczcy", wtedy Uczniowie id do Domu Przewodniczcych, ktry jest najwikszym domem w Miecie i ma a trzy pitra. Tam ucz si przez trzy lata, by zosta kandydatami, aby nastpnie by wybranymi do Rady Miasta, Rady Pastwa, Rady wiata - przez wolne i powszechne gosowanie wszystkich ludzi. Ale my nie chcielimy zosta Przewodniczcym, chocia to wielki zaszczyt. Chcielimy by uczonym.
Czekalimy wic na nasz kolej w wielkiej sali i usyszelimy, e Rada Zawodw woa nas po imieniu: "Rwno 7-2521". Szlimy w kierunku podium i patrzylimy na Rad Zawodw, a nasze nogi nie dray. W Radzie byo pi osb - trzy rodzaju mskiego i dwie rodzaju eskiego. Ich wosy byy biae, a twarze spkane jak glina w korycie rzeki. Byli starzy. Siedzieli przed nami i nie ruszali si. I nie dostrzeglimy oddechu, ktry poruszaby falami ich biaych tog. Ale wiedzielimy, e s ywi, gdy palec rki najstarszego podnis si i opad z powrotem. Bya to jedyna rzecz, ktra si poruszaa, gdy wargi ich pozostay nieruchome, gdy mwili "Zamiatacz Ulic".
Poczulimy ucisk krtani, ale nasza gowa podniosa si wyej aby spojrze na twarze Rady i bylimy szczliwi. Wiedzielimy, e zawinilimy, ale teraz znalelimy sposb by to odpokutowa. Przyjmiemy nasz Mandat yciowy i bdziemy pracowa dla naszych braci z zadowoleniem i ochot i tym wymaemy nasz grzech przeciw nim, grzech o ktrym nie wiedzieli, ale ktry my znalimy. Bylimy wic szczliwi i dumni z siebie i naszego zwycistwa nad sob. Podnielimy nasz praw rk i powiedzielimy najczystszym i najbardziej dononym gosem, jaki rozleg si tego dnia:
"Wola naszych braci bdzie speniona".
I patrzylimy prosto w oczy Rady, ale ich oczy byy jak zimne niebieskie, szklane guziki.
Poszlimy wic do Domu Zamiataczy Ulic. Jest to szary Dom w wskiej ulicy. Na jego dziedzicu znajduje si tarcza zegara sonecznego, pokazujcego Radzie Domu godziny i por dzwonienia. Wszyscy wstajemy z ek, gdy usyszymy bicie dzwonu. Niebo w naszych wschodnich oknach jest zimne i zielone. Cie na tarczy zegara wyznacza p godziny, podczas ktrej ubieramy si, jemy niadanie w jadalni, gdzie jest pi dugich stow z dwudziestoma glinianymi talerzami i dwudziestoma glinianymi kubkami na kadym. Pniej wychodzimy z naszymi szczotkami i grabiami na ulice Miasta. Po piciu godzinach, gdy soce jest ju wysoko, wracamy do Domu i jemy nasz drugi posiek, na ktry mamy p godziny. Nastpnie wracamy do pracy. Po piciu godzinach gdy na chodnikach cienie s szare, a bkit nieba jest gboki i ciemny wracamy na obiad trwajcy godzin. Potem dzwoni dzwon i idziemy rwnymi kolumnami do jednej z Hal Miejskich na Spotkanie Towarzyskie. Inne kolumny ludzi przybywaj z Domw rnych Zawodw. Zapala si wiece, a Rady Domw staj przy pulpicie i mwi do nas o naszych obowizkach i o obowizkach naszych braci. Nastpnie Przewodniczcy czytaj nam przemwienia, ktre byy wygoszone w Radzie Miasta tego dnia, gdy Rada Miasta reprezentuje wszystkich ludzi i wszyscy ludzie musz je zna. Potem piewamy hymny: Hymn Braterstwa, Hymn Rwnoci, Hymn Jednoci Ducha. Kiedy wracamy do domu niebo jest ju ciemnopurpurowe. Wtedy dzwoni dzwon i rwnymi kolumnami idziemy do Teatru Miejskiego na trzy godziny Rozrywki Towarzyskiej. Przedstawiaj w nim sztuk z dwoma wielkimi chrami z Domu Aktorw, ktre mwi i opowiadaj razem dwoma potnymi gosami. Sztuki s o trudzie, jaki jest poyteczny. Nastpnie rwn kolumn wracamy do Domu. Niebo jest jak czarne sito przetykane srebrnymi kropkami, ktre dr gotowe do wybuchu. my bij o lampy uliczne. Kadziemy si do naszych ek i pimy a do dzwonu. Sypialnie s biae i czyste, oprnione z wszystkiego oprcz stu ek.
W ten sposb ylimy dzie w dzie przez cztery lata, a dwie wiosny temu popenilimy nasz zbrodni. tak musz y wszyscy ludzie dopki nie skocz 40 lat. Po 40-tce s ju zuyci. Po 40-stce s wysyani do Domu Bezuytecznych, gdzie mieszkaj Starcy. Starcy nie pracuj, opiekuje si nimi Pastwo. Latem siedz w socu a zim przy kominku. Mwi rzadko poniewa s zmczeni. Starcy wiedz, e wkrtce umr. Jeli zdarzy si jaki cud i paru z nich doyje lat czterdziestu piciu s wtedy Staroytni, a dzieci przygldaj im si, przechodzc obok Domu Bezuytecznych. Takie byo ycie naszych wszystkich braci, ktrzy byli przed nami.
Takie byoby nasze ycie, gdybymy nie popenili naszej zbrodni, ktra wszystko zmienia. Nasza kltwa popchna nas do tego. Bylimy dobrym Zamiataczem Ulic, poza naszym przekltym pragnieniem wiedzy. Zbyt dugo patrzelimy noc na gwiazdy, na drzewa i ziemi. A kiedy czycilimy podwrko Domu Uczonych, zbieralimy szklane fiolki, kawaki metali, suche koci, ktre oni wyrzucali. Chcielimy zatrzyma te rzeczy i bada je, ale nie znalelimy adnego miejsca, w ktrym moglibymy je ukry. Tak wic zabieralimy je do Miejskiego mietnika i wtedy zrobilimy odkrycie.
Byo to poprzedniej wiosny. My, Zamiatacze Ulic, pracujemy w brygadach po trzech ludzi w kadej. Bylimy razem ze Zjednoczeniem 5-3992, ktrzy s pgwkiem i z Midzynarodowym 4-8818. Zjednoczenie 5-3992 s chorowici i czasami dostaj konwulsji, wtedy ich usta dr, a oczy staj si biae. Ale Midzynarodowy 4-8818 s inni. S wysocy mocni, a ich oczy s jak iskierki ognia pene miechu. Nie mona si patrze na nich i nie umiecha si w odpowiedzi. Z tego te powodu nie byli lubiani w Domu Uczniw, gdy miech bez przyczyny by nie na miejscu. Poza tym nie byli lubiani dlatego, e kawakiem wgla rysowali na murach rysunki, ktre sprawiay, e ludzie si miali. Jedynie nasi bracia z Domu Artystw mogli rysowa rysunki, wic Midzynarodowy 4-8818 zostali posani do Domu Zamiataczy Ulic, tak jak my.
Midzynarodowy 4 -8818 i my jestemy przyjacimi. Mwi o tym jest zem, gdy kocha kogokolwiek bardziej ni innych ludzi to przestpstwo, Wielkie Przestpstwo Upodobania: musimy bowiem kocha wszystkich ludzi jednakowo, gdy wszyscy ludzie s naszymi przyjacimi. Midzynarodowy 4-8818 i my nigdy nie mwilimy o tym. Ale wiemy. Wiemy gdy patrzymy w oczy innym. Kiedy tak patrzymy bez sowa, obydwaj wiemy o innych rzeczach, dziwnych rzeczach, dla ktrych nie ma sw; i te rzeczy przeraaj nas.
Tak wic w dzie przed ostatni wiosn Zjednoczenie 5-3992 dostali ataku konwulsji, na granicach Miasta, niedaleko Miejskiego Teatru. Pooylimy ich w cieniu namiotu Teatru Miejskiego i poszlimy z Midzynarodowym 4-8818 skoczy nasz prac. Poszlimy razem do wielkiego parowu niedaleko Teatru. By prawie pusty, z wyjtkiem paru drzew i trzciny. Za parowem jest rwnina, a poza ni rozciga si Nieoznaczony Las, o ktrym nie wolno nawet myle.
Zbieralimy nawet papiery i szmaty, ktre wiatr wywia z Teatru, gdy nagle pomidzy trzcinami ujrzelimy elazny prt. By stary i wskutek wielu deszczw zardzewiay. Cignlimy z caych si, ale nie moglimy go ruszy. Zawoalimy wic Midzynarodowego 4-8818 i razem odgarnlimy ziemi dookoa prtu. Nagle osun si pod nogami grunt i ujrzelimy star elazn krat nad czarnym doem.
Midzynarodowy 4-8818 cofnli si. Ale my odsunlimy krat, robic przejcie. I wtedy ujrzelimy elazne piercienie podobne do schodw, ktre prowadziy w d szybu, w ciemno bez koca.
"Zejdmy w d", powiedzielimy do Midzynarodowego 4-8818.
"To zabronione", odpowiedzieli.
Powiedzielimy do nich: "Rada nic nie wie o tej dziurze, wic nie moe to by zabronione".
Ale oni odparli: "Skoro Rada nie wie o tej dziurze, nie ma wic adnego prawa, ktre pozwalaoby wej do niej. A wszystko, co nie jest dozwolone przez prawo, jest zakazane".
Lecz odpowiedzielimy: "Jednak my zejdziemy".
Byli przestraszeni, ale stali obok i patrzyli jak schodzilimy.
Wisielimy na elaznych piercieniach. Pod sob nie moglimy dostrzec niczego. A ponad nami otwr na tle nieba stawa si mniejszy i mniejszy, a sta si may jak guzik. Ale my cigle schodzilimy w d. Wtem nasze stopy dotkny ziemi. Przecieralimy oczy gdy nic nie moglimy dostrzec. Potem oczy nasze przyzwyczaiy si do ciemnoci, lecz my nie moglimy uwierzy w to co zobaczylimy.
adni znani nam ludzie nie mogli zbudowa tego miejsca, ani adni ludzie znani naszym braciom, ktrzy yli przed nami - a jednak byo ono zbudowane przez ludzi. By to olbrzymi tunel. Jego ciany byy mocne i gadkie, pod palcami czuo si kamie, ale nie by to, kamie. Na ziemi byy dugie cienkie szyny z elaza, ale to nie byo elazo, byo gadkie i zimne jak szko. Uklknlimy i czogalimy si w gb, nasze rce szukay po omacku wzdu elaznej linii, aby sprawdzi, gdzie moe ona prowadzi. Przed nami byy niezgbione ciemnoci. Tylko elazne tory przebyskiway przez ni proste i biae wyzywajce nas, by za nimi pody. Ale my nie moglimy tam i, gdy pozostawilimy wiato za nami. Wic odwrcilimy si i wycofalimy z powrotem z rkami na elaznej linii. A nasze serce walio jak mot bez jakiegokolwiek powodu. I wtedy ju wiedzielimy.
Wiedzielimy, e miejsce to pozostao z Niewspominanych Czasw. Tak wic to jedynak prawda, e byy te Czasy i wszystkie cuda tych Czasw. Setki, setki lat temu ludzie znali sekrety, ktre my stracilimy. I mylelimy "To jest ze miejsce. Przeklci ci, ktrzy dotykaj rzeczy z Niewspominanych Czasw". Ale nasze rce poday za szynami, gdy czogalimy si uczepieni elaza, jakby nie mogc go puci, jakby skra naszych rk bya spragniona metalu - tajemniczego fluidu tkwicego w jego zimnie.
Powrcilimy na powierzchni. Midzynarodowy 4-8818 spojrzeli na nas i cofnli si.
"Rwno 7-2521", powiedzieli, "Jestecie bladzi".
A my nie moglimy mwi i patrzelimy na nich bez sowa. Cofnli si jak gdyby bojc si dotkn nas. Potem umiechnli si, ale nie by to radosny umiech - by zagubiony i proszcy. A my cigle nie moglimy mwi. Wtedy oni powiedzieli:
"Powinnimy zgosi nasze odkrycie Radzie Miasta, a obaj bdziemy nagrodzeni".
I wtedy przemwilimy. Nasz gos by twardy i nie byo w nim litoci. Powiedzielimy:
"Nie zgosimy naszego odkrycia Radzie Miasta. Nie zgosimy go adnym ludziom."
Zakryli uszy rkami gdy nigdy nie syszeli takich sw. 
"Midzynarodowy 4-8818", spytalimy, "Czy doniesiecie na nas Radzie Miasta i bdziecie patrze jak biczuj nas na mier?".
Wyprostowali si nagle i odpowiedzieli:
"Raczej umrzemy".
"Wic milczcie", powiedzielimy, "To miejsce jest nasze. To miejsce naley do nas. Rwno 7-2521, i do nikogo innego na ziemi. I jeli je oddamy oddamy, rwnie nasze ycie."
I wtedy zobaczylimy, e oczy Midzynarodowego 4-8818 s pene ez, ktre nie mogy upa. Szeptali a ich gos dra tak, e sowa traciy ksztat:
"Wola Rady jest ponad wszystko, gdy jest to wita wola naszych braci. Ale jeli sobie yczycie tego posuchamy was. Raczej uczynimy zo z wami, ni dobro z innymi brami. Oby Rada zlitowaa si nad naszymi sercami".
Potem powrcilimy razem do Domu Zamiataczy Ulic. Szlimy w milczeniu.
Tak wic doszo do tego, e kadej nocy, gdy gwiazdy wieciy wysoko, a Zamiatacze Ulic siedzieli w Teatrze Miejskim, my Rwno 7-2521, wymykalimy si i bieglimy w ciemnoci na nasze miejsce. atwo jest opuci Teatr, gdy wszystkie wiece s zgaszone i Aktorzy wychodz na scen. adne oczy nie byy w stanie nas dostrzec, gdy czogalimy si pod siedzeniami, a nastpnie pod pacht namiotu. Rwnie atwo byo pniej skrada si w cieniu i stawa obok Midzynarodowego 4-8818, gdy kolumna opuszcza Teatr. Na ulicach jest ciemno i nie ma adnych ludzi, gdy ludzie nie mog spacerowa po miecie bez okrelonego celu. Kadej nocy biegniemy do parowu, odsuwamy kamienie, ktre uoylimy na kratach, aby ukry je przed ludmi. Kadej nocy jestemy przez trzy godziny pod ziemi sami.
Ukradlimy wiece z Domu Zamiataczy Ulic. Ukradlimy krzemienie i noe, i papier. I przynielimy je do tego miejsca. Ukradlimy szklane fiolki i kwasy z Domu Uczonych. teraz siedzimy w tunelu przez trzy godziny kadej nocy i studiujemy. Stapiamy rne metale, mieszamy kwasy, otwieramy ciaa zwierzt, ktre znajdujemy na mietniku Miejskim. Zbudowalimy piec z cegie znalezionych na ulicach. Palimy drewnem zebranym w parowie. Ogie skrzy si w piecu, a niebieskie cienie tacz na cianach i adne gosy ludzkie nam nie przeszkadzaj.
Ukradlimy manuskrypt. To wielkie przestpstwo. Manuskrypty s cenne, gdy nasi bracia z Domu Uczonych spdzaj cay rok nad przepisywaniem jednego manuskryptu czytelnym pismem. Manuskryptw jest niewiele i trzyma si je w Domu Uczonych. Tak wic siedzimy pod ziemi i czytamy ukradziony manuskrypt. Miny ju dwa lata odkd odkrylimy to miejsce. I w cigu tych dwch lat nauczylimy si wicej, ni przez dziesi lat pobytu w Domu Uczniw.
Poznalimy rzeczy, ktrych nie ma w skryptach. Rozwizalimy sekrety o ktrych Uczeni nie maj nawet pojcia. Dowiedzielimy si jak wiele jest rzeczy nieosigalnych i nawet gdybymy yli kilka razy, nie dobrniemy do koca poszukiwa. Nie chcemy niczego jak tylko samotnoci i nauki, aeby z kadym dniem nasz wzrok stawa si ostrzejszy ni wzrok jastrzbia i janiejszy ni kryszta.
Dziwne s drogi za. Jestemy faszywi wobec naszych braci. Zaprzeczamy woli naszych Rad. My sami z tysica ludzi, ktrzy przemierzaj nasz ziemi, my jedynie wykonujemy w tym czasie prac nie majc adnego celu, oprcz zaspokojenia naszych pragnie. aden ludzki umys nie powinien bada naszej zbrodni. Rodzaj naszej kary, jeli zostanie to wykryte, nie powinien by rozwaany przez adne ludzkie serce. Nigdy, nawet w pamici Staroytnych, nigdy ludzie nie robili tego co my robimy.
A jednak nie wstydzimy si tego i nie aujemy. Mwimy sobie, e jestemy podli i zdradzieccy, ale nie czujemy adnego ciaru, ani strachu w sercu, i wydaje nam si, e duch nasz jest jasny jak jezioro, ktrego nie niepokoj adne oczy, z wyjtkiem soca, i w naszym sercu - dziwne s drogi za - w naszym sercu po raz pierwszy od dwudziestu lat zagoci spokj.

<#FONT:[COLOR:0xFFEDEF61]#>II<#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>
Wolno 5-3000... Wolno pi - trzy tysice...
Wolno 5-3000
Pragniemy pisa to imi. Chcemy je wymawia, ale nie mamy odwagi mwi goniej ni szeptem. Gdy mczyznom nie wolno zwraca uwagi na kobiety, a kobietom nie wolno interesowa si mczyznami. Ale my mylimy o jednych spord wszystkich kobiet, o tych, ktrych imi jest Wolno 5-3000, i nie mylimy o adnych innych.
Kobiety, ktrym przypisane byo uprawia ziemi, mieszkay w Domu Wieniaczek poza Miastem. Tam gdzie koczy si miasto, jest szeroka, wijca si na pnoc droga, i my, Zamiatacze Ulic, musimy utrzymywa t drog w czystoci, a do pierwszego supka milowego. Wzdu drogi ronie ywopot, a za nim rozcigaj si pola. Pola s czarne zaorane i rozpocieraj si przed nami jak olbrzymi wachlarz, ze swoimi skibami zebranymi gdzie za niebem w czyje rce, wychodzcymi z niej i otwierajcymi si szeroko w miar zbliania si do nas, jak czarne pasy iskrzce si cienkimi cekinami. Kobiety pracuj w polu, a ich biae tuniki s na wietrze jak skrzyda mew, opoczce ponad czarn ziemi.
I tam wanie zobaczylimy Wolno 5-3000, idce pomidzy skibami. Ich ciao byo proste i szczupe jak elazne ostrze. Ich oczy byy ciemne i twarde, i byszczce, bez trosk, ulegoci i poczucia winy. Ich wosy byy zote jak soce i powieway na wietrze, byszczce i dzikie, jak gdyby zaprzeczay temu, e jakikolwiek czowiek je poskromi. Rk rzucay ziarno, jakby ledwie raczyy rzuca pogardliwy podarek, a ziemia pod ich stopami bya jak ebrak.
Stalimy nieruchomo i po raz pierwszy poczulimy bl i strach. A stalimy nieruchomo, aby nie straci tego blu cenniejszego ni rozkosz.
Wtedy usyszelimy gosy innych kobiet, woajcych ich imi "Wolno 5-3000" one odwrciy si i odeszy. Std znamy ich imi. I stalimy patrzc jak odchodzi, a ich tunika znika w niebieskiej mgle.
A nastpnego dnia gdy podeszlimy do pnocnej drogi patrzelimy bezustannie na Wolno 5-3000 w polu. Kadego dnia od tamtego czasu doznawalimy blu oczekiwania na pnocnej drodze. A tam kadego dnia patrzelimy na Wolno 5-3000. Nie wiedzielimy czy one te patrzyy na nas, ale mylimy, e tak.
Pewnego dnia podeszy bliej do ywopotu i nagle odwrciy si do nas. Zatrzymay si jak wryte, tak nagle, jak nagle si odwrciy. Stay nieruchomo jak kamie i patrzyy prosto na nas, prosto w nasze oczy. Na ich twarzy nie byo adnego umiechu ani zachty. Ale ich twarz bya jasna a oczy ciemne. Potem szybko odwrciy si i odeszy od nas.
Ale nastpnego dnia, gdy podeszlimy do pnocnej drogi umiechny si. Umiechny si do nas. A my umiechnlimy si w odpowiedzi, ich gowa odchylia si do tyu, a rce opady, jak gdyby zarwno ich ramiona, jak i bia szyj ogarno zniechcenie. Nie patrzyy na nas, lecz na niebo. Potem spoglday na nas ponad swym ramieniem, a my czulimy si jakby jaka rka dotkna naszego ciaa, lizgajc si mikko od naszych warg do stp.
Od tego czasu kadego ranka witalimy si oczyma. Nie mielimy odwagi rozmawia. Rozmawia z osobami innych Zawodw jest grzechem, za wyjtkiem czasu Spotka Towarzyskich. Ale kiedy stojc przy ywopocie, podnielimy rk do naszego czoa, a potem przesunlimy j wolno, doni w d, w kierunku Wolnoci 5-3000. Gdyby inni to widzieli nie zorientowaliby si nawet, gdy wygldao to jakbymy zasaniali oczy przed socem. Ale Wolno 5-3000 zobaczyy i zrozumiay. Podniosy rk do czoa i poruszyy ni w ten sam sposb co my, i tak kadego dnia witamy Wolno 5-3000, a one nas i nikt niczego nie podejrzewa.
Nie dziwimy si naszemu nowemu grzechowi. To byo nasze drugie Przestpstwo Upodobania, gdy nie mylelimy o wszystkich naszych braciach tak jak powinnimy, lecz o jednych, a ich imi brzmi Wolno 5-3000. Nie wiemy dlaczego mylimy o nich. Nie wiemy dlaczego, gdy mylimy czujemy nagle, e ziemia jest dobra a ycie nie jest ciarem.
Nie mylimy wicej o nich jako o Wolno 5-3000. Nadalimy im w mylach imi. Nazwalimy je Zotowosa. Lecz grzechem jest nadawa ludziom imiona, gdy wyrniaj ich od pozostaych. Jednak nazwalimy je Zotowosa, poniewa nie byy one takie jak inne. Zotowosa nie bya takie jak inne.
I nie zwaalimy na prawo, ktre mwi, e mczyni nie mog myle o kobietach poza Czasem Poczcia. Wtedy kadej wiosny, mczyni powyej 20 lat i kobiety powyej 18 lat s wysyani na jedn noc do Domu Poczcia. A kady mczyzna ma przypisan mu przez Rad Eugeniki jedn kobiet. Dzieci rodz si w zimie, ale kobiety nigdy nie widz swoich dzieci, a dzieci nie znaj swoich rodzicw. Bylimy wysani do Domu Poczcia dwa razy, ale to rzecz wstydliwa i brzydka, o ktrej nie chcemy nawet myle.
Tak wiele zamalimy dotychczas praw, a dzisiaj zamalimy o jedno wicej. Dzisiaj rozmawialimy ze Zotowos.
Gdy zatrzymalimy si przy ywopocie przy skraju drogi, inne kobiety byy daleko w polu. Zotowosa klczay same przy rowie biegncym przez pole, a krople wody spywajce z ich rk, gdy podnosiy wod do ust, byy w socu jak iskry ognia. I wtedy Zotowosa ujrzay nas, i nie poruszyy si, klczc i patrzc na nas, a krgi wiata igray na ich biaej tunice jak odbicia soca w wodzie z rowu, i jedna byszczca kropla spada z palca jej uniesionej rki, nieruchomej jakby zamarznitej w powietrzu.
Wtedy Zotowosa podniosy si i podeszy do ywopotu jakby ujrzay rozkaz w naszych oczach. Dwch innych Zamiataczy Ulic z naszej brygady byo o sto krokw dalej. I pomylelimy, e Midzynarodowy 4-8818 nie zdradz nas, a Zwizek 5-3992 nic nie zrozumiej. Wic popatrzylimy prosto na Zotowos i ujrzelimy cienie ich rzs na bladych policzkach, a promienie soca na wargach. I powiedzielimy:
"Jestecie pikne Wolno 5-3000"
Ich twarz nie drgna i nie odwrciy oczu. Tylko stay si one szersze i rozbysk w nich triumf ale to nie by triumf nad nami, a nad sprawami, ktrych nie moglimy odgadn. Wtedy spytay nas:
"Jak macie na imi?"
"Rwno 7-2521", odpowiedzielimy.
"Nie jestecie jednym z naszych braci Rwno 7-2521, gdy nie chcemy abycie nimi byli."
Nie moemy wytumaczy co to znaczyo, gdy nie istniej odpowiednie sowa, ale my wiemy bez sw, wtedy te wiedzielimy.
"Nie", odpowiedzielimy, "ani wy jedn z naszych sistr".
"Jeli widzielibycie nas midzy wieloma innymi kobietami, czy dostrzeglibycie nas?"
"Dostrzeglibymy was, Wolno 5-3000, nawet gdybymy widzieli was midzy wszystkimi kobietami na ziemi".
Wtedy spytay:
"Czy Zamiatacze Ulic s wysyani do rnych punktw miasta czy pracuj zawsze w tym samym miejscu?"
"Pracuj zawsze w tym samym miejscu", odpowiedzielimy im, " i nikt nie zabierze nam tej drogi".
"Wasze oczy nie s podobne do oczu innych mczyzn", powiedziay. I nagle bez adnego powodu poczulimy zimno, zimno a w odku.
"Ile macie lat?" spytalimy.
Zrozumiay nasze myli, gdy po raz pierwszy spuciy oczy.
"Siedemnacie" wyszeptay.
I odetchnlimy z ulg, jakby zdjto z nas ciar, gdy bez powodu mylelimy o Domu Poczcia. I pomylelimy, e nie pozwolimy, aby Zotowos posano do tego Domu. Nie wiedzielimy jak temu przeszkodzi, lub jak sprzeciwi si woli Rady, ale wiedzielimy jedno, e nie pozwolimy. Tylko nie wiedzielimy dlaczego takie myli nas naszy, gdy te sprawy nie miay adnego zwizku z nami i Zotowos. Czego wic dotyczyy?
Gdy stalimy przy ywopocie, cigle czulimy jak nasze wargi cinite s z nienawici, nagej nienawici bez powodu do wszystkich naszych braci. A Zotowosa widziay to i umiechay si powoli, a w ich umiechu by ten sam smutek, jaki widzielimy wczeniej. Mylimy, e w ich kobiecej mdroci Zotowosa rozumiay wicej, ni my moemy zrozumie.
Wtedy pojawiy si w polu trzy siostry idce ku drodze, wic Zotowosa odeszy od nas. Wziy torb ziarna i odchodzc rzucay to ziarno w bruzdy ziemi. A ziarna spaday nierwno, gdy rka Zotowosej draa.
Gdy wracalimy do Domu Zamiataczy Ulic chciao nam si piewa bez powodu. Wic zostalimy upomniani wieczorem w jadalni, gdy nie wiedzc o tym zaczlimy piewa gono melodi, ktrej nie syszelimy nigdy przedtem. Ale piewanie bez powodu poza czasem Spotka Towarzyskich jest niewaciwe.
"piewamy bo jestemy szczliwi". Odpowiedzieli nam: "Jak moe by inaczej, jeli yjecie dla swoich braci?"
I teraz, siedzc tutaj w tunelu, zastanawiamy si nad tymi sowami. Zabronione jest by nieszczliwymi. Gdy jak nam wyjaniono, ludzie s wolni i ziemia naley do nich, i wszystkie rzeczy na ziemi nale do wszystkich ludzi, i wola wszystkich ludzi razem jest dobra dla wszystkich, wic wszyscy ludzie musz by szczliwi.
Gdy noc stoimy w wielkiej sali, cigajc nasze ubrania, patrzymy na naszych braci i zastanawiamy si. Gowy naszych braci s spuszczone. oczy naszych braci s puste i nigdy nie patrz w oczy innych. Ramiona naszych braci s zgarbione, a ich minie zwide, jakby ich ciaa si kurczyy, jakby chciay usun si z widoku. I wtedy gdy patrzymy na naszych braci, pewne sowo przychodzi nam na myl, a sowem tym jest strach.
Strach wisi w powietrzu w sypialniach i w powietrzu na ulicach. Strach wdruje przez Miasto, strach bez nazwy i bez ksztatu. Wszyscy go odczuwaj i nikt nie ma odwagi o nim mwi.
My te go odczuwamy, gdy jestemy w Domu Zamiataczy Ulic. Ale tutaj, w naszym tunelu nie czujemy go zupenie. Pod ziemi powietrze jest czyste. Nie ma zapachu ludzi. I te trzy godziny daj nam si na wszystkie godziny na grze.
Nasze ciao zdradza nas, gdy Rada Domu patrzy na nas podejrzliwie. Nie jest dobrze gdy czujemy si zbyt radoni albo zbyt zadowoleni z tego, e nasze ciao yje. Gdy nic nie znaczymy i nie powinnimy przykada wagi do tego, czy umrzemy czy nie, a co stanie si za wol naszych braci. Ale my, Rwno 7-2521, jestemy zadowoleni, e yjemy. Jeli to jest przestpstwem, to my nie pragniemy adnych cnt.
Jednak nasi bracia nie s tacy jak my. Nie wszystkim jest dobrze z naszymi brami. Braterstwo 2-5503, cichy chopiec o duych agodnych oczach, pacz nagle bez powodu w rodku dnia lub nocy, a ciaem ich wstrzsaj spazmy, czego nie potrafi wyjani. Solidarno 9-6347, ktrzy s bystrym modziecem bez strachu w dzie, ale ktrzy krzycz we nie: "Pomcie nam! Pomcie nam! Pomcie nam!", gosem, ktry mrozi nas a do szpiku koci, a Doktorzy nie mog wyleczy Solidarnoci 9-6347.
A kiedy rozbieramy si w nocy w sabym wietle wiec, nasi bracia milcz, gdy nie maj odwagi wypowiedzie gono swoich myli. Dlatego, e wszyscy musz si zgadza ze wszystkimi, a nie wiedz czy ich myli s mylami wszystkich wic obawiaj si je wypowiedzie. I s szczliwi gdy wiato wiec ganie noc. Ale my Rwno 7-2521, patrzymy przez okno na niebo a w niebie jest spokj, czysto i dostojestwo. A za miastem rozciga si rwnina, a poza rwnin, czarn na tle czarnego nieba, ley Nieoznaczony Las.
Nie chcemy si patrze na Nieoznaczony Las. Nie chcemy o nim myle. Ale nasze oczy zawsze powracaj do tej czarnej plamy na tle nieba. Ludzie nie wchodz nigdy do Lasu, gdy nie istnieje moc, ktra by go zgbia i adna cieka nie prowadzi pomidzy jego starymi drzewami, ktre stoj jak stranicy wielkich potnych sekretw.
Chodz suchy, e raz lub dwa razy na sto lat jeden z ludzi z Miasta uciekaj i sami biegn do Lasu bez wezwania. Ci ludzie nigdy nie wracaj, gin z godu i od pazurw dzikich bestii, ktre rycz w Lesie. Ale nasza Rada mwi, e to tylko legenda. Syszelimy, e na ziemi pomidzy miastami jest wiele takich Nieoznaczonych Lasw. I szepcze si, e wyrosy one na ruinach wielu miast z Niewspomnianych Czasw. Drzewa pokny ruiny i koci pod ruinami, i wszystko to co zgino.
I kiedy w nocy patrzymy na Nieoznaczony Las, mylimy o sekrecie Niewspominanych Czasw. I zastanawiamy si, jak to si stao, e te sekrety przepady dla wiata. Syszelimy legendy o wielkiej walce, w ktrej wielu ludzi walczyo po jednej stronie, a tylko nieliczni po drugiej. Ci nieliczni byli li i zostali zwycieni. Potem na ziemi szalay olbrzymie ognie. A w ogniach tych sponli li i wszystkie rzeczy zrobione przez zych. A ogie zwany Jutrzenk Wielkiego Odrodzenia by Ogniem, w ktrym spony wszystkie zapiski Zych, a wraz z nimi sowa Zych. Olbrzymie ogniska pony na wszystkich placach Miast przez trzy miesice. Potem nadeszo Wielkie Odrodzenie.
Sowa Zych... Sowa Niewspominanych Czasw... Co to byy za sowa, ktre utracilimy?
Moe Rada zlituje si nad nami? Nie chcielimy napisa tego pytania i nie wiedzielimy co czynimy, zanim go nie napisalimy. Nie powinnimy zadawa takiego pytania i myle o nim. Nie powinnimy sprowadza mierci na nasz gow. A jednak... A jednak...
Jest sowo, jedno jedyne sowo, ktrego nie ma w jzyku ludzi, a ktre byo. I to jest Niewypowiedziane Sowo, ktrego aden czowiek nie moe mwi ani sucha. Ale czasami, zdarza si to rzadko, czasami gdzie jeden spord ludzi odkrywa to sowo. Odkrywaj je na kawakach manuskryptw, lub wyryte na fragmentach starych kamieni. A kiedy je mwi s skazani na mier. Nie ma na wiecie adnego innego przestpstwa, ktre karaoby si mierci z wyjtkiem zbrodni wypowiadania Niewypowiedzianego Sowa.
Widzielimy jednego z takich ludzi palonych ywcem na placu miasta. I to by widok, ktry zosta w naszej pamici przez lata, straszy nas, poda za nami i nie dawa nam spokoju. Bylimy wtedy dziesicioletnim dzieckiem, i stalimy na olbrzymim placu z innymi dziemi i ludmi z Miasta. Przybyli aby oglda egzekucj. Przywiedli Przestpc na plac i poprowadzili ich do stosu. Wyrwali Przestpcy jzyk, aeby nie mogli wicej mwi. Przestpca byli modzi i wysocy. Mieli zote wosy i oczy bkitne jak poranek. Szli w kierunku stosem pewnym krokiem. A z wszystkich twarzy na placu, z wszystkich twarzy, ktre krzyczay, piszczay i rzucay w nich przeklestwami, ich twarz bya najagodniejsza i najspokojniejsza.
Kiedy okrcano acuchy dookoa ich ciaa na stosie i podpalono stos Przestpca spojrzeli na Miasto. Cienka nitka krwi spywaa im z ust, ale wargi umiechny si im, i wtedy nasza nas straszna myl. Syszelimy o witych. Byli wici Pracy, wici Rady i wici Wielkiego Odrodzenia. Ale nigdy nie widzielimy witego, ani nie wiedzielimy jak wity powinien wyglda. A wtedy, stojc na placu pomylelimy, e wizerunkiem witego bya twarz, ktr widzielimy przed nami w pomieniach, twarz Przestpcy Niewypowiedzianego Sowa. 
Kiedy pomie wzrs, staa si rzecz, ktrej nie widziay adne oczy prcz naszych, inaczej bowiem nie ylibymy dzisiaj. By moe wydawao nam si tylko. Ale zdawao si, e oczy Przestpcy wybray nas spord tumu, patrzyy prosto na nas. W oczach tych nie byo blu i wiadomoci agonii ciaa. Bya w nich tylko rado i duma, duma bardziej wita ni to przystoi czowiekowi. I zdawao si, e oczy te prbuj nam co powiedzie poprzez pomienie, wysa naszym oczom to sowo i nie pozwoli, aby wymkno si nam i uleciao z ziemi. Ale pomienie zwikszyy si, a my nie moglimy odgadn tego sowa...
Jakie - nawet jeli mielibymy spon za nie jak wity ze stosu - jakie jest Niewypowiedziane Sowo?
<#FONT:[COLOR:0xFF6B8DFD]#>III<#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>
My, Rwno 7-2521, odkrylimy now si natury, i sami dokonalimy tego odkrycia i jestemy jedynymi, ktrzy o nim wiedz.
Zostao to powiedziane, a wic bdziemy wychostani jeli trzeba, Rada Uczonych twierdzi, e wszyscy wiemy o wszystkich rzeczach, ktre istniej i dlatego rzeczy, o ktrych nie wiedz wszyscy nie istniej. Ale mylimy, e Rada Uczonych jest lepa. Sekretw tej ziemi nie mog oglda wszyscy ludzie, lecz jedynie ci, ktrzy bd ich szuka. Wiemy o tym, gdy znalelimy sekret nie znany wszystkim braciom. Nie wiemy co to za sia, ani skd pochodzi. Ale znamy jej natur, ogldalimy j i pracowalimy nad ni. Zaobserwowalimy to dwa lata temu. Pewnej nocy otworzylimy ciao martwej aby i zobaczylimy, e jej nogi drgaj. Bya martwa, a jednak si ruszaa. Jaka nieznana ludziom sia powodowaa, e si poruszaa. Nie moglimy tego zrozumie. Potem, po wielu prbach znalelimy odpowied. aba wisiaa na miedzianym drucie i to wanie metal naszego noa wysya t dziwn si do miedzi przez son wod pochodzc z ciaa aby. Woylimy kawaek miedzi i kawaek cynku do dzbanka z solank, przytknlimy do nich drut i tam, pod naszymi palcami, zdarzy si cud, ktry nie zdarzy si nigdy wczeniej, nowy cud i nowa sia.
To odkrycie przeladowao nas. Pracowalimy nad nim, sprawdzalimy je na wicej sposobw ni moemy je opisa, a kady krok by jak nastpny cud, odsaniajcy si przed nami. Stwierdzilimy, e odkrylimy najwiksz moc na ziemi. Zaprzeczaa ona bowiem wszystkim prawom znanym ludziom. Powodowao, e iga kompasu, ktry skradlimy z Domu Uczonych, poruszaa si i obracaa; uczono nas, gdy bylimy jeszcze dzieckiem, e magnes wskazuje na pnoc i e to jest prawo, ktrego nic nie moe zmieni, ale nasza nowa sia zaprzeczaa wszystkim prawom. Stwierdzilimy, e powoduje byskawice, a ludzie nigdy nie wiedzieli co powoduje byskawice. Podczas burzy zatknlimy wysoki prt koo naszej dziury i obserwowalimy go z dou. Widzielimy jak byskawice uderzay w niego bezustannie. A teraz ju wiemy, e metal przyciga moc z nieba i metal moe t moc wydziela.
Za pomoc naszego odkrycia zrobilimy wiele dziwnych rzeczy. Uylimy do tego miedzianych drutw, ktre znalelimy tutaj pod ziemi. Przemierzylimy dugo naszego tunelu owietlajc drog wiec. Moglimy przej nie wicej ni p mili, gdy ziemia i skay zawaliy go z dwch stron. Ale zebralimy wszystkie rzeczy, ktre znalelimy i przynielimy je do naszego miejsca pracy. Znalelimy dziwne skrzynie z metalowymi prtami, z wieloma strunami, wknami i zwojami metalu w rodku. Znalelimy druty, ktre prowadziy do dziwnych maych kul ze szka na ciankach, zawieray one nitki z metalu ciesze ni pajczyna.
Rzeczy te pomagay nam w pracy. Nie rozumiemy ich, ale mylimy, e ludzie z Niewspomnanych Czasw znali si z nieba i te rzeczy, ktre maj z ni zwizek. My ich nie znamy, ale nauczymy si. teraz nie moemy si zatrzyma.
Jeden pojedynczy czowiek nie moe posiada wiedzy wikszej ni wielu Uczonych, ktrzy wybrani s przez wszystkich ludzi dla swej wiedzy. Ale my moemy. My posiadamy. Walczylimy z sob, aby tego nie powiedzie, ale zostao to powiedziane. To ju nie wane, zapomnielimy o wszystkich Uczonych, wszystkich prawach i wszystkich rzeczach, za wyjtkiem naszych metali i naszych drutw. Cigle jest jeszcze wiele do poznania. Tak duga droga jest przed nami, po ktrej sami musimy podrowa.

<#FONT:[COLOR:0xFFEDEF61]#>IV<#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>
Wiele dni mino zanim moglimy znowu rozmawia ze Zotowos. Ale nadszed dzie, kiedy niebo stao si biae, jakby soce wybucho i rozrzucio swoje pomienie w powietrzu, a pola leay nieruchomo bez oddechu i kurz na drodze by biay w tym arze. Kobiety na polu byy wic zmczone i ocigay si ze swoj prac, byy daleko od drogi, kiedy nadeszlimy. Ale Zotowosa stay przy ywopocie same i czekay. Zatrzymalimy si i zobaczylimy, e ich oczy tak twarde i pogardliwe dla wiata patrzyy na nas, jak gdyby gotowe byy ulec kademu sowu, ktre powiedzielimy.
A my rzeklimy:
"Nadalimy wam w mylach imi, Wolno 5-3000"
"Jakie jest nasze imi?" spytay.
"Zotowosa"
"My te nie nazywamy was Rwno 7-2521, gdy o was mylimy".
"Jakie imi nam nadalicie?"
Spojrzay prosto w nasze oczy i trzymajc gow wysoko odpowiedziay:
"Niepokonany".
Przez dugi czas nie moglimy wypowiedzie sowa. Potem powiedzielimy:
"Takie myli s zabronione, Zotowosa".
"Ale wy macie takie myli jak te i chcecie abymy te tak mylay."
Patrzylimy prosto w ich oczy i nie moglimy kama.
"Tak" wyszeptalimy, a one umiechny si, a wtedy powiedzielimy: "Nasza najdrosza, nie suchajcie nas".
Cofny si, a ich oczy byy szerokie i spokojne.
"Powtrzcie te sowa jeszcze raz", wyszeptay.
"Ktre sowa?" zapytalimy. Ale one nie odpowiedziay, a my znalimy je.
"Nasza najdrosza", wyszeptalimy.
Nigdy mczyni nie mwili tak do kobiet.
Gowa Zotowosej schylia si wolno i stay przed nami nieruchomo z rkami po bokach, domi zwrconymi w nasz stron, jak gdyby ich ciao bezwolnie poddawao si naszemu wzrokowi. A my nie moglimy mwi.
Wtedy podniosy gow i powiedziay prosto i agodnie, jakby chciay, bymy zapomnieli o ich niepokoju.
"Dzie jest gorcy", powiedziay, "a wy pracowalicie przez wiele godzin i musicie by zmczeni."
"Nie", odrzeklimy.
"Na polach jest chodniej", powiedziay, "a tu jest woda do picia. Czy jestecie spragnieni?".
"Tak", odpowiedzielimy, "ale nie moemy przez ywopot".
"Przyniesiemy wam wod", powiedziay.
Wtedy uklky przy rowie, zagarny wod w swoje rce, podniosy je i poday do naszych ust.
Nie wiedzielimy czy pijemy wod. Stwierdzilimy tylko, e ich rce s puste, a my cigle trzymamy nasze usta przy ich doniach, a one to wiedz lecz nie poruszaj si.
Unielimy gow i cofnlimy si. Nie rozumielimy bowiem co nas skonio do tego uczynku i obawialimy si zrozumie.
A Zotowosa cofny si i stay patrzc zdziwione na swoje rce. Potem Zotowosa odeszy, chocia nikt nie nadchodzi, a odchodziy tyem jak gdyby nie mogy si od nas odwrci, ich ramiona byy zgite przed nimi jakby nie mogy ich opuci.

<#FONT:[COLOR:0xFFEDEF61]#>V<#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>
Zrobilimy to. Stworzylimy to. Wydobylimy to z mroku wiekw. My sami. Nasze rce. Nasz rozum. My i tylko my.
Nie wiemy co mwimy. Krci si nam w gowie. Patrzymy na wiato, ktre stworzylimy. Powinno si nam przebaczy wszystko co mwimy dzi wieczorem...
Dzi wieczorem, po tak wielu dniach i prbach, e nie moemy ich zliczy, skoczylimy budowa dziwn rzecz z pozostaoci Niewspominanych Czasw; pudeko ze szka przeznaczone do wydzielania z nieba wikszej mocy, ni kiedykolwiek przedtem otrzymalimy. I kiedy przytknlimy nasze druty do tego pudeka, kiedy zamknlimy obwd, druty arzyy si. Oyy stay si czerwone i krg wiata leg przed nami na kamieniu.
Stalimy i ciskalimy gow w doniach. Nie moglimy zrozumie tego, co stworzylimy. Nie dotknlimy adnego ognia. A jednak byo wiato, wiato, ktre przyszo znikd z serca metalu.
Zdmuchnlimy wiec. Ogarny nas ciemnoci. Wok nas nie pozostao nic, nic prcz nocy, a w niej cienkiej nitki blasku, jak szczelina w cianie wizienia. Wycignlimy rce do drutu i w czerwonym arze ujrzelimy nasze palce. Nie moglimy ujrze ani poczu naszego ciaa, w tym momencie nie istniao nic, oprcz naszych dwch rk w czarnej otchani ponad arzcym si drutem.
Wtedy pomylelimy o znaczeniu tego, co leao przed nami. Moemy owietli nasz tunel i Miasto i wszystkie Miasta na caej ziemi, jedynie metalem i drutami. Moemy da naszym braciom nowe wiato, czystsze i janiejsze ni to, ktre kiedykolwiek znali. Mona sprawi, e moc z nich bdzie speniaa kady rozkaz ludzi. Jej sekrety i moliwoci nie maj adnych granic i mona spowodowa, e otrzymamy wszystko, cokolwiek tylko zapragniemy.
Wtedy zrozumielimy, co trzeba zrobi. Nasze odkrycie jest zbyt wielkie, abymy tracili czas na zamiatanie ulic. Nie powinnimy trzyma naszego sekretu ukrytego pod ziemi wycznie dla siebie. Musimy pokaza go wszystkim ludziom. Potrzebujemy caego naszego czasu, by pracowa w Domu Uczonych, chcemy pomocy naszych braci Uczonych i tego, by ich wiedza poczya si z nasz. Tak duo jest pracy dla nas wszystkich, dla Uczonych caego wiata.
wiatowa Rada Uczonych ma za miesic spotkanie w naszym Miecie. Jest to Wielka Rada, do ktrej wybiera si najmdrzejszych ludzi ze wszystkich ziem i spotyka si ona raz do roku w rnych Miastach. Pjdziemy do Rady i padniemy przed nimi na kolana i wrczymy im nasz dar, szklane pudeko z moc z nieba. Wyznamy im wszystko. Zobacz to, zrozumiej i przebacz. Nasz dar jest bowiem wikszy ni nasza wina. Oni wyjani to Radzie Zawodw i przypisz nas do Domu Uczonych. To nigdy si jeszcze nie zdarzyo, ale te nikt dotd nie ofiarowa ludziom takiego daru jak nasz.
Musimy czeka. Musimy strzec naszego tunelu jak nigdy przedtem. Bowiem adni ludzie z wyjtkiem Uczonych, nie powinni dowiedzie si o naszym sekrecie, oni nie zrozumieliby tego, ani nie uwierzyliby nam. Nie zobaczyliby niczego z wyjtkiem naszego przestpstwa - pracy w samotnoci - i zniszczyliby nas i nasze wiato. Nie obawiamy si o nasze ciao, ale nasze wiato jest...
Tak obawiamy si. Po raz pierwszy obawiamy si o nasze ciao. Ten drut jest bowiem jakby czci naszego ciaa, jak ya, ktra wyrwana z naszych wntrznoci ponie nasz krwi. Czy jestemy dumni z tej nitki metalu, lub naszych rk, ktre stworzyy j, lub czy istnieje linia, ktra oddziela te dwie rzeczy?
Rozpostarlimy nasze ramiona. Po raz pierwszy wiemy jak silne s nasze ramiona. I nasza nas dziwna myl: po raz pierwszy w yciu zastanawiamy si jak wygldamy. Ludzie nigdy nie widz swoich twarzy i nigdy nie pytaj si o ni swoich braci, gdy zainteresowanie wasn twarz lub ciaem jest zem.
Ale dzi wieczorem, z powodu, ktrego nie moemy zgbi, chcemy aby moliwe byo zobaczenie podobizny naszej osoby.

<#FONT:[COLOR:0xFFEDEF61]#>VI<#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>
Nie pisalimy przez trzydzieci dni. Przez trzydzieci dni nie bylimy tu w naszym tunelu. Zostalimy zapani.
Zdarzyo si to w t noc, kiedy pisalimy ostatnio. Tamtej nocy zapomnielimy spojrze na piasek w szkle, ktry pokazywa nam kiedy mijaj trzy godziny i pora wraca do Teatru Miejskiego. Gdy przypomnielimy sobie o tym, piasek ju si przesypa.
Popieszylimy do Teatru. Ale olbrzymi namiot sta szary i cichy na tle nieba. Ulice Miasta leay przed nami ciemne i puste. Gdybymy wrcili, aby ukry si w naszym tunelu, znalezionoby nas, a wraz z nami nasze wiato. Poszlimy wic do Domu Zamiataczy Ulic.
Gdy Rada Domu pytaa nas, patrzylimy w twarze Rady, ale w tych twarzach nie byo ani ciekawoci, ani zoci, ani litoci. Kiedy wic najstarszy z nich zapyta: "Gdzie bylicie?", pomylelimy o naszym szklanym pudeku i naszym wietle i zapomnielimy o wszystkim innym. I odpowiedzielimy:
"Nie odpowiemy wam".
Najstarszy nie pyta nas wicej. Odwrci si do dwch najmodszych i powiedzia, a jego gos by znudzony:
"Zabierzcie naszego brata Rwno 7-2521 do Paacu Poprawy. Chostajcie ich, dopki nie powiedz."
Zabrano nas wic do kamiennego pokoju pod Paacem Poprawy. Pokj ten nie ma okien, jest pusty z wyjtkiem elaznego supka. Dwch ludzi stao obok supka, nagich ale w skrzanych fartuchach, skrzanych kapturach na twarzach. Ci, ktrzy nas przyprowadzili, odeszli zostawiajc nas dwm Sdziom stojcym z rogu.
Byli to mali, szczupli mczyni. Byli siwi i zgarbieni. Dali znak dwm silnym, zakapturzonym ludziom.
Zdarli oni z naszego ciaa ubranie, rzucili nas na kolana i przywizali nasze rce do elaznego supka.
Pierwsze uderzenie biczem odczulimy tak, jakby nasz krgosup zosta rozcity na dwie czci. Drugi cios zatrzyma pierwszy i dla drugiego nie czulimy nic, potem bl zapa nas za gardo, a ogie przebieg przez puca bez powietrza. Ale nie krzyknlimy.
Bat wiszcza jak wiatr. Prbowalimy liczy ciosy, ale stracilimy rachub. Wiedzielimy, e ciosy spadaj na nasze plecy. Tylko, e nic nie czulimy. Pomienny ruszt taczy bez przerwy przed naszymi oczami i nie mylelimy o niczym, z wyjtkiem tego rusztu, rusztu z czerwonych kwadratw, i wtedy stwierdzilimy, e patrzymy na kwadraty elaznej kraty w drzwiach. I byy jeszcze kwadraty z kamienia na cianach i kwadraty, ktre bat wyci na naszych plecach, z przecinajcych si ladw na naszym ciele.
Wtedy ujrzelimy przed sob pi. Uderzya nas w podbrdek i zauwaylimy czerwon plam na wysunitych palcach. Sdzia zapyta:
"Gdzie bylicie?"
Ale my odrzucilimy gow do tyu, schowalimy twarz midzy zwizane rce i zagrylimy wargi.
Bicz zawista znowu. Zastanawialimy si kto rozrzuci palcy si mia na pododze, widzielimy bowiem czerwone krople byszczce si na kamieniach wok nas.
Potem nie rozpoznawalimy ju niczego, za wyjtkiem dwch gosw warczcych jednostajnie, jeden po drugim, chocia wiedzielimy, e mwiy one wiele minut temu.
"Gdzie bylicie, gdzie bylicie, gdzie bylicie, gdzie bylicie?..."
I nasze usta poruszay si, ale dwik odpyn z powrotem do garda i brzmia tylko:
"wiato...wiato...wiato..."
Potem nie czulimy ju nic.
Gdy otworzylimy oczy, leelimy na brzuchu na ceglanej pododze celi. Spojrzelimy na dwie rce lece daleko przed nami na cegach i poruszylimy nimi wiedzc, e s to nasze rce. Ale nie moglimy poruszy naszym ciaem. Wtedy umiechnlimy si, gdy pomylelimy o wietle i o tym, e nie zdradzilimy.
Leelimy w naszej celi przez wiele dni. Kadego dnia drzwi otwieray si dwa razy, raz dla ludzi, ktrzy przynosili nam chleb i wod, raz dla Sdziw. Wielu Sdziw przychodzio do naszej celi - najpierw ci niskiego stanu, a potem najznamienitsi Sdziowie Miasta. Stawali przed nami w swoich biaych togach i pytali:
"Czy jestecie gotowi mwi?"
Ale my potrzsalimy gow, lezc przed nimi na pododze. A oni odchodzili.
Liczylimy kady dzie i noc, ktre przeminy, wieczorem zrozumielimy, e musimy uciec. Nastpnego dnia bowiem wiatowa Rada Uczonych miaa spotka si w naszym Miecie.
atwo jest uciec z Domu Poprawy, Zamki w drzwiach s stare, a wok nie ma adnych stranikw. Nie ma adnego powodu aby trzyma stranikw, gdy ludzie nigdy nie sprzeciwiali si Radom i nie prbowali uciec z adnego miejsca, gdzie przykazano im by. Nasze ciao jest zdrowe i siy wracaj do niego szybko. Naparlimy na drzwi i ustpiy. Przekradlimy si przez ciemne korytarze, przez ciemne ulice i w d do naszego tunelu.
Zapalilimy wiec i zobaczylimy, e nasze miejsce nie zostao odkryte i nic nie zostao ruszone. A nasze szklane pudeko stao przed nami w zimnym piecu, tak jak je zostawilimy. C teraz znacz prgi na naszych plecach!
Jutro w penym wietle dnia, wemiemy pudeko, zostawimy nasz tunel otwarty i przejdziemy przez ulice do Domu Uczonych. Pooymy przed nimi najwikszy dar, jaki kiedykolwiek darowano ludziom. Powiemy im prawd. Wrczymy im jako wyznanie, te zapisane strony. Przyczymy si do nich i bdziemy pracowa razem nad moc z nieba dla chway ludzkoci. Bogosawiestwo dla Was nasi bracia. Jutro przyjmiecie nas do swojego grona i nie bdziemy ju wicej wyrzutkiem. Jutro bdziemy jednym z Was. Jutro...

<#FONT:[COLOR:0xFFEDEF61]#>VII<#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>
Tu, w lesie jest ciemno. Licie szeleszcz nad nasz gow, czarne na tle ostatnich byskw soca. Mech jest mikki i ciepy. Bdziemy spali na tym mchu przez wiele nocy, zanim bestie lasu nie przyjd, by rozedrze nasze ciao. Nie mamy teraz adnego ka oprcz mchu i adnej przyszoci oprcz tych bestii.
Jestemy teraz starzy, jednak tego ranka, gdy nielimy pudeko do Domu Uczonych bylimy modzi. aden czowiek nas nie zatrzyma, gdy nie byo nikogo z Paacu Poprawy, a inni nie wiedzieli o niczym. Nikt nie zatrzyma nas przy bramie. Szlimy przez puste korytarze do duego holu gdzie Rada wiata Uczonych miaa swoje uroczyste spotkanie.
Gdy weszlimy nie widzielimy niczego oprcz nieba w olbrzymich oknach, niebieskiego i lnicego. Potem ujrzelimy Uczonych, ktrzy siedzieli dokoa dugiego stou, byli jak bezksztatne chmury stoczone na olbrzymim niebie. Byli tam ludzie, ktrych sawne nazwiska znalimy i inni, z odlegych ldw, ktrych nazwisk nie syszelimy nigdy. Na cianie ponad ich gowami widzielimy olbrzymi obraz dwunastu wiatych mw, ktrzy wynaleli wiec.
Gdy weszlimy, wszystkie gowy Rady Uczonych zwrciy si na nas. Ci wielcy i mdrzy tej ziemi nie wiedzieli, co o nas myle i patrzyli na nas ze zdziwieniem i ciekawoci, jakbymy byli cudem. To prawda, e nasza tunika bya podarta i poplamiona brzowymi kropkami, ktre byy krwi. Podnielimy nasze prawe rami i powiedzielimy:
"Pozdrawiamy was nasi chwalebni bracia ze wiatowej Rady Uczonych"
Wtedy Wsplnota 0-0009, najstarszy i najmdrzejszy z Rady przemwili i zapytali:
"Kim jestecie nasz bracie? Nie wygldacie bowiem na uczonego."
"Nazywamy si Rwno 7-2521", odpowiedzielimy, "i jestemy Zamiataczem Ulic tego Miasta."
Wtedy stao si tak, jakby wielki wiatr przeszed przez sal, gdy wszyscy Uczeni mwili jednoczenie, a byli li i wystraszeni.
"Zamiatacz Ulic! Zamiatacz Ulic wkraczajcy na wiatow Rad Uczonych! To nie do wiary! To jest przeciwko wszystkim reguom i prawom!"
Ale my wiedzielimy jakich powstrzyma.
"Bracia nasi!", rzeklimy, "Nie znaczymy nic, my ani nasze przemwienia. Tylko nasi bracia wani s dla nas. Nie zaprztajcie swoich myli nami, gdy jestemy niczym, ale posuchajcie naszych sw, bowiem przynielimy wam dar jaki nigdy przedtem nie by dany ludziom. Suchajcie nas, gdy w naszych rkach trzymamy przyszo ludzkoci."
Wtedy posuchali.
Pooylimy przed nimi, na stole, nasze szklane pudeko. Mwilimy o nim i o naszych poszukiwaniach, o naszym tunelu, o naszej ucieczce z Paacu Poprawy. adna rka ani oko nie drgno na sali, gdy mwilimy. Wtedy przyoylimy drut do pudeka, a oni wszyscy pochylili si w przd i siedzieli cicho patrzc. A my stalimy spokojnie, wbijajc wzrok w drut. I wolno, wolno, jak krenie krwi, czerwony pomie zadra w nim. Potem rozarzy si.
Ale mowie z Rady przestraszyli si. Skoczyli na nogi, uciekli od stou i stali przycinici do ciany, stoczeni razem, szukajc ciepa innych cia, aby doda sobie odwagi.
Spojrzelimy na nich, zamialimy si i powiedzielimy:
"Nie bjcie si niczego bracia. W drutach tych tkwi wielka moc, ale moc ta jest poskromiona. Naley do was. Dajemy j wam."
Cigle jednak nie ruszali si.
"Dajemy wam si z nieba!", krzyczelimy, "Dajemy wam klucz do ziemi! Wecie go i pozwlcie nam by jednym z was, najniszym z pord was. Pozwlcie nam wszystkim pracowa razem i ujarzmi t moc, i spowodowa, e uatwi prac ludziom. Pozwlcie odrzuci nam nasze wiece i latarki. Pozwlcie zala wiatem nasze Miasta. Pozwlcie nam zanie nowe wiato ludziom".
Ale oni spojrzeli na nas i nagle przestraszylimy si, ich oczy byy bowiem nieruchome i mae, i ze.
"Bracia!", krzyknlimy, "Nie macie nam nic do powiedzenia?"
Wtedy Wsplnota 0-0009 wystpili naprzd, "Mamy wam wiele do powiedzenia".
Dwik jego gosu ucieszy sal i uciszy nasze serce.
"Tak", Wsplnota 0-0009, "Mamy wiele do powiedzenia podemu, ktrzy zama wszystkie prawa i ktrzy chepi si swoj niesaw. Jak miecie myle, e wasz umys posiada wiksz wadz, ni umysy naszych braci? I skoro Rady stwierdziy, e macie by Zamiataczem Ulic, jak miecie myle, e moecie by bardziej poytecznym ludziom, ni zamiatajc ulice?"
"Jak miecie, czycicielu rynsztokw", powiedzieli Braterstwo 9-3452, "przebywa sami i myle sami, a nie z innymi?"
"Powinnicie by spaleni na stosie", powiedzieli Demokracja 4-6998.
"Nie, powinni by chostani" powiedzieli Jednomylno 7-3304, "a nic nie zostanie pod biczem".
"Nie" powiedzieli Wsplnota 0-009, "my nie moemy decydowa o tym, bracia. Nigdy jeszcze nie zostaa popeniona taka zbrodnia i sdzi j nie nasz jest spraw. Ani adnej mniejszej Rady. Powinnimy dostarczy t kreatur samej wiatowej Radzie i pozwoli, aby spenia si ich wola".
Spojrzelimy na nich i prosilimy: 
"Bracia! Macie racj. Niech si stanie wola Rady nad naszym ciaem. Nie dbamy o to. Ale wiato? Co zrobicie ze wiatem?"
Wsplnota 0-009 spojrzeli na nas i umiechnli si.
"Wic mylicie, e znalelicie now moc", powiedzieli. "Czy wszyscy wasi bracia tak myl?"
"Nie", odpowiedzielimy.
"O czym nie myl wszyscy ludzie nie moe by prawd", powiedzieli Wsplnota 0-009.
"Pracowalicie nad tym sami?", zapytali Midzynarodowy 1-5537.
"Tak", odrzeklimy.
"To co nie jest robione wsplnie nie moe by dobre" powiedzieli Midzynarodowy 1-5537.
"Wielu ludzi w Domach Uczonych miao w przeszoci dziwne nowe pomysy", powiedzieli Solidarno 8-1104, "Jednak kiedy wikszo ich braci Uczonych gosowao przeciwko nim porzucili je. Tak musz zrobi wszyscy".
"To pudeko jest bezuyteczne", rzekli Sprzymierzenie 6-7349.
"Gdyby byo rzeczywicie jak mwicie", powiedzieli Zgoda 92642, "wtedy zrujnowaoby to Departament wiec. wieca jest wielkim wynalazkiem ludzkoci, aprobowanym przez wszystkich ludzi. Dlatego nie moe zosta zniszczona przez kaprys jednego".
"To zniszczyoby plany Rady wiata", powiedzieli Jednomylno 2-9913. "A bez planw Rady wiata soce nie moe wzej. Pidziesit lat zajo uzyskanie zgody wszystkich Rad, co do wiecy, i co do podanej iloci, i co do zmiany planw, by robi wiece zamiast pochodni. To dotknoby wiele tysicy ludzi pracujcych na rzecz Pastwa. Nie moemy zmieni planw tak szybko."
"I jeli to miaoby uly ludziom w ich trudzie", rzekli Podobiestwo 5-0306, "wtedy byoby to wielkim zem, gdy nie ma adnego powodu do istnienia oprcz trudu innych".
Wtedy Wsplnota 000-9 podnieli si i wskazali na nasze pudeko.
"Ta rzecz musi by zniszczona", powiedzieli.
I wszyscy inni krzyczeli jak jeden.
"To musi by zniszczone".
Wtedy podskoczylimy do stou. Zapalimy nasze pudeko, odepchnlimy ich i podbieglimy do okna. Odwrcilimy si i spojrzelimy na nich po raz ostatni, a zo jakiej nie przystoi doznawa ludziom dawia nasz gos w gardle.
"Wy gupcy!", krzyczelimy, "Wy gupcy! Wy trzykrotnie przeklci gupcy!"
Przebilimy szyb nasz pici i wyskoczylimy wrd deszczu odamkw.
Upadlimy, ale nie pozwolilimy, aby pudeko wypado nam z rk. Potem bieglimy. Bieglimy na olep, a ludzie i domy poruszay si byskawicznie wok nas bez ksztatu. A droga przed nami nie wydawaa si paska, ale jak gdyby wyskakiwaa nam na spotkanie i oczekiwalimy, e ziemia uniesie si i uderzy nas w twarz. Ale bieglimy. Nie wiedzielimy gdzie biegniemy. Wiedzielimy tylko, e musimy biec, biec do koca wiata, do koca naszych dni.
Nagle stwierdzilimy, e leymy na mikkiej ziemi, i e jestemy nieruchomi. Drzewa wiksze ni kiedykolwiek stay nad nami w ciszy. Bylimy w Nieoznaczonym Lesie. Nie mylelimy o przyjciu tutaj, ale to nasze nogi kieroway naszym rozumem i nasze nogi przyniosy nas do Nieoznaczonego Lasu, przeciw naszej woli.
Nasze pudeko leao obok. Podczogalimy si do niego, upadlimy na nie, kryjc twarz w doniach, i leelimy bez ruchu.
Leelimy tak przez dugi czas. Potem podnielimy si, wzilimy pudeko i poszlimy w gb lasu.
Nie miao znaczenia gdzie idziemy. Wiedzielimy, e ludzie nie pjd za nami, bowiem nigdy nie wchodzili do Nieoznaczonego Lasu. Nie musielimy si ich obawia. Las pozbywa si swoich wrogw. Ale tego te si nie boimy. Chcemy by tylko daleko do Miasta, od powietrza, ktre stykao si z powietrzem Miasta. Wdrowalimy wic dalej, z pudekiem w naszych ramionach, z pustym sercem.
Jestemy przeklci. Ilekolwiek dni nam pozostao, spdzimy je samotnie. Syszelimy o zepsuciu jakie mona znale w samotnoci. Oderwalimy si od prawdy naszych braci i nie ma dla nas drogi powrotnej i nie ma odkupienia.
Wiemy o tym ale nie przejmujemy si. Nie przejmujemy si niczym na ziemi. Jestemy zmczeni. jedynie pudeko w naszych rkach jest jak yjce serce, ktre daje nam si. Okamywalimy sami siebie. Nie zbudowalimy tego pudeka dla dobra naszych braci. Zbudowalimy je dla siebie, jest ono dla nas najwaniejsze. Jest ono waniejsze od naszych braci, a jego prawda jest dla nas waniejsza jest ponad ich prawd. Ale po co si nad tym zastanawia? Nie pozostao nam wiele dni ycia. Wdrujemy do kw, gdzie pomidzy wielkimi milczcymi drzewami. Za nami nie pozostao nic czego bymy aowali.
Nagle poczulimy bl po raz pierwszy i jedyny. Pomylelimy o Zotowosej, ktrej ju nigdy nie zobaczymy. Potem bl przeszed. Tak jest lepiej. Jestemy jednym z Przekltych. lepiej byoby gdyby Zotowosa zapomniaa nasze imi i ciao, ktre nosio to imi.

<#FONT:[COLOR:0xFFEDEF61]#>VIII<#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>
By to dzie zagadek, ten pierwszy dzie w lesie.
Zbudzilimy si gdy promie soca pad na nasz twarz. Chcielimy skoczy na nogi, jak musielimy skaka kadego ranka naszego ycia, ale przypomnielimy sobie nagle, e aden dzwon nie zadzwoni, i e nigdzie nie ma dzwonu. Lec na plecach rozpostarlimy nasze ramiona i popatrzylimy na niebo. Licie miay srebrne brzegi, dray i trzepotay jak rzeka zieleni i ognia, pynca wysoko ponad nami.
Nie chciao nam si rusza. Pomylelimy nagle, e moemy lee tak dugo jak chcemy i rozemialimy si gono na t myl. Moglimy te wsta albo biec, albo skaka albo znowu si pooy. Mylelimy, e te pomysy s bez sensu, ale zanim zastanowilimy si, nasze ciao podnioso si jednym skokiem. Nasze ramiona wycigny si zgodnie z nasz wol, a ciao krcio si, krcio si dopki nie spowodowao wiatru, ktry szeleci limi krzakw. Potem nasze rce zapay ga, podcigny nasze ciao wysoko na drzewo, bez celu, jedynie z ciekawoci, aby pozna si naszych rk. Ga zamaa si pod nami a my upadlimy na mech, ktry by mikki jak poduszka. Wtedy nasze ciao tracc cay rozsdek turlao si po mchu z suchymi limi w naszej tunice, w naszych wosach, na twarzy. I usyszelimy nagle, e si miejemy, miejemy si gono, jakby nie byo w nas adnej siy poza miechem.
Potem wzilimy nasze szklane pudeko i poszlimy w gb lasu. Szlimy, przedzierajc si przez gazie, a byo to tak, jakbymy pynli przez morze lici, z krzakami, ktre jak fale wznosiy si i opaday wok nas rzucajc swoje zielone promienie wysoko na szczyty drzew. Drzewa rozstpoway si przed nami, wzywajc nas naprzd. Las wydawa si nas wita, szlimy wic naprzd bez myli i bez troski nie czujc nic, oprcz pieni naszego ciaa.
Zatrzymalimy si gdy poczulimy gd. Widzielimy ptaki midzy gaziami drzew, wylatujce spod naszych stp. Podnielimy kamie i rzucilimy go jak strza w kierunku ptaka. Ptak upad przed nami. Rozpalilimy ogie upieklimy go i zjedlimy i aden posiek nigdy nie smakowa nam lepiej. I stwierdzilimy, e w jedzeniu, ktre przyrzdzamy, zdobywamy samodzielnie mona znale wielk satysfakcj. I chcielimy wkrtce by znowu godni, aeby znowu mc dozna tego dziwnego uczucia dumy z jedzenia.
Potem poszlimy dalej. I dotarlimy do strumyka, ktry lea jak pasmo szka pomidzy drzewami. Lea tak cicho, e nie syszelimy wody, a widzielimy tylko wycicie w ziemi, w ktrym drzewa rosy odwrcone w d, a niebo leao na dnie. Uklklimy przy strumyku i pochylilimy si aby si napi. A wtedy zatrzymalimy si gdy na bkicie nieba pod nami po raz pierwszy zobaczylimy swoj twarz.
Siedzielimy cicho i wstrzymalimy oddech. Gdy nasza twarz i nasze ciao byy pikne. Nasza twarz nie bya jak twarze naszych braci, gdy nie czulimy litoci, gdy patrzylimy na ni. Nasze ciao nie byo jak ciaa naszych braci, gdy nasze czonki byy proste i smuke, twarde i silne. I mylelimy, e moemy wierzy temu stworzeniu, ktry patrzy na nas ze strumyka, tego stworzenia nie musimy si obawia.
Wdrowalimy, dopki soce nie zaszo. Kiedy cienie zebray si midzy drzewami, zatrzymalimy si w dziurze miedzy korzeniami, gdzie bdziemy dzisiaj spa. I nagle po raz pierwszy tego dnia przypomnielimy sobie, e jestemy Przeklci. Przypomnielimy sobie i rozemialimy si.
Piszemy to na papierze, ktry schowalimy w naszej tunice, razem ze stronami, ktre przynielimy dla wiatowej Rady Uczonych. Ale nie dalimy im ich nigdy. Mamy duo do powiedzenia sobie i mylimy, e znajdziemy na to sowa w dniach ktre nadejd. Teraz nie moemy mwi, gdy nie moemy zrozumie.

<#FONT:[COLOR:0xFFEDEF61]#>IX<#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>
Nie pisalimy przez wiele dni. Nie chcielimy pisa. Nie potrzebowalimy bowiem sw, aby zapamita to, co nas spotkao.
Wanie w nasz drugi dzie w lesie usyszelimy za nami kroki. Schowalimy si w krzakach i czekalimy. Kroki przybliay si. I wtedy zauwaylimy pomidzy drzewami fad biaej tuniki i bysk zota.
Skoczylimy w przd, pobieglimy do nich i stanlimy patrzc na Zotowos.
Ujrzay nas, ich rce byy zacinite w pici, a pici cigny ich ramiona tak jakby chciay, aby ramiona podtrzymyway je, podczas gdy ich ciao chwiao si. Nie mogy mwi.
Nie mielimy odwagi podej do nich zbyt blisko. Zapytalimy si, a gos nasz dra:
"Jak znalelicie si tutaj Zotowosa?"
Ale one wyszeptay tylko:
"Znalelimy was..."
"Jak znalelicie si w lesie?", zapytalimy.
Podniosy gow, a w ich gosie bya wielka duma gdy odpowiedziay:
"Szlimy za wami."
Nie moglimy wymwi sowa, a one powiedziay:
"Syszelimy, e poszlicie do Nieoznaczonego Lasu, bowiem cae Miast mwi o tym. Wic noc tego dnia, gdy to usyszelimy, uciekymy z Domu Wieniaczek. Znalazymy lady waszych stp przecinajce rwnin, gdzie adni ludzie nie chodz. Wic poszymy za nimi i weszymy do lasu i podaymy ciek gdzie gazie byy poamane przez wasze ciao."
Ich biaa tunika bya podarta, a gazie przeciy skr na ich ramionach, ale mwiy tak, jakby wcale nie zwracay na to uwagi, ani na zmczenie, ani na strach.
"Szymy za wami", powiedziay, "pjdziemy za wami gdziekolwiek wy pjdziecie. Jeli zagrozi wam niebezpieczestwo, my rwnie stawimy mu czoa. Jeli bdzie to mier, umrzemy z wami. Jestecie przeklci, a my chcemy dzieli z wami wasze przeklestwo".
Patrzyy na nas a ich gos by niski, ale bya w nich przenikliwo i triumf:
"Wasze oczy s jak pomienie, a nasi bracia nie maj ani nadziei ani ognia. wasze usta wycite s z granitu, a naszych braci s mikkie i pokorne. Wasza gowa jest wysoko a naszych braci kania si unienie. Wy idziecie a nasi bracia pezaj. Raczej wolimy by przeklte z wami ni bogosawione razem z wszystkimi naszymi brami. Zrbcie z nami co wam si podoba, ale nie odsyajcie nas z powrotem".
Wtedy uklky i skoniy przed nami swoj zot gow.
Nigdy nie mylelimy o tym co zrobilimy. Schylilimy si aby podnie Zotowos na nogi, ale gdy dotknlimy ich poczulimy jakby szalestwo wstrzsno nami. Zapalimy ich ciao i przycisnlimy nasze usta do ich ust. Zotowosa westchny raz, ich oddech by jak lk, a potem ich ramiona zamkny si dookoa nas.
Stalimy razem przez dugi czas. I bylimy, przeraeni, e ylimy przez dwadziecia jeden lat i nie mielimy pojcia jakiej radoci moe dostpi czowiek.
Wtedy powiedzielimy:
"Nasza najdrosza. Nie bjcie si lasu. W samotnoci nie ma adnego niebezpieczestwa. Nie potrzebujemy naszych braci. Zapomnijmy ich dobro i zo, zapomnijmy o wszystkich rzeczach z wyjtkiem tego, e pomidzy nami jest wi. Dajcie nam rk. Spjrzcie naprzd. To jest nasz wasny wiat Zotowosa, obcy, nieznany wiat, ale nasz wasny. Potem weszlimy do lasu, z ich doni w naszej.
I tej nocy dowiedzielimy si, e trzyma ciao kobiety w ramionach nie jest ani brzydkie, ani wstydliwe, lecz jest to jedyna rozkosz dana gatunkowi ludzkiemu.
Wdrowalimy wiele dni. Las nie mia koca, a my go nie szukalimy. Ale kady dzie dodany do acucha dzielcy nas od Miasta jest jak bogosawiestwo.
Zrobilimy uk i duo strza. Moemy zabi wicej ptakw, ni potrzebujemy do jedzenia, znajdujemy wod i lene owoce. Noc wybieramy polank i rozpalamy dookoa niej piercie ognia. pimy w rodku tego piercienia i bestie nie maj odwagi nas zaatakowa. Widzimy ich oczy, zielone albo te jak palce si wgle, patrzce na nas z gazi drzew. Ognie tl si dookoa nas jak korona z klejnotw, a dym stoi w powietrzu nieruchomo, w kolumnach zabarwionych na niebiesko wiatem ksiyca. pimy razem w rodku koa, z obejmujcymi nas ramionami Zotowosej, z ich gow na naszej piersi.
Pewnego dnia gdy odejdziemy wystarczajco daleko, zatrzymamy si i zbudujemy dom. Ale nie musimy si pieszy. Dni przed nami nie maj koca, podobnie jak las.
Nie rozumiemy tego nowego ycia, ktre odkrylimy, jednak wydaje si ono takie jasne i takie proste. Kiedy drcz nas pytania, idziemy szybciej, potem odwracamy si i zapominamy o wszystkim, gdy patrzymy na Zotowos idc za nami. Gdy rozgarniaj gazie, cienie lici le na ich rkach, ale ramiona s w socu. Skra na ich rkach jest jak niebieska za, ale ich ramiona s biae i byszczce, jakby wiato nie spadao na nie z gry, lecz wydobywao si z ich skry. Patrzymy na li, ktry spad na ich rami i ley w zgiciu ich szyi, a kropla rosy migocze na nim jak klejnot. A one podchodz do nas, zatrzymuj si miejc, wiedzc o czym mylimy i czekaj posusznie bez pytania, a zechce si nam odwrci i i dalej.
Idziemy dalej i bogosawimy ziemi pod naszymi stopami. Ale gdy idziemy w milczeniu, pytania nachodz nas znowu. Jeeli to, co znalelimy jest zepsuciem wynikajcym z samotnoci, to czego oprcz zepsucia ludzie mog pragn? Jeli by samotnym jest wielkim zem, to co jest dobre, a co ze?
Wszystko co pochodzi od wielu jest dobre. Wszystko co pochodzi od jednego jest ze. Tego uczono nas od pierwszego naszego oddechu. Zamalimy prawo, ale nigdy nie mielimy wtpliwoci. Ale teraz gdy idziemy przez las, uczymy si wtpi.
Nie ma ycia dla ludzi, z wyjtkiem poytecznego trudu dla dobra ich braci. Ale my nie ylimy, gdy trudzilimy si dla naszych braci strudzeni, bylimy tylko znueni. Nie ma radoci dla ludzi, oprcz radoci dzielonej z wszystkimi brami. Ale jedynymi rzeczami, ktre nauczyy nas radoci bya sia, ktr stworzylimy z drutw i Zotowosa. Te dwie radoci nale jedynie do nas, pochodz jedynie od nas, nie maj adnego zwizku z naszymi brami i w aden sposb nie dotycz naszych braci. Tak si wanie zastanawiamy:
"Jest jaki bd, przeraajcy bd w ludzkim myleniu. Co jest tym bdem?" 
Nie wiemy, ale wiedza walczy w nas, walczy, aby si narodzi.
Dzisiaj Zotowosa zatrzymay si nagle i powiedziay:
"Kochamy was"
A wtedy zmarszczyy czoo i potrzsny gow i spojrzay na nas bezsilnie.
"Nie", szepny. "To nie jest to co chciaymy powiedzie".
Milczay, potem powiedziay wolno, a ich sowa zatrzymyway si jak sowa dziecka po raz pierwszy prbujcego mwi:
"My jestemy ...same... i tylko... i my kochamy was, ktrzy jestecie jedni... sami... i tylko."
Spojrzelimy sobie w oczy i wiedzielimy, e tchnienie cudu dotkno nas, lecz ucieko i zostawio nas szukajcych po omacku.
I czulimy si rozdarci, rozdarci z powodu jakiego sowa, ktrego nie moglimy znale.

<#FONT:[COLOR:0xFFEDEF61]#>X<#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>
Siedzimy przy stole i piszemy na papierze zrobionym tysice lat temu. wiato jest przytumione i nie widzimy Zotowosej, tylko jeden zoty lok na poduszce staroytnego ka. To jest nasz dom.
Przyszlimy tu dzisiaj o wschodzie soca. Przez wiele dni przechodzilimy przez acuch gr. Las wznosi si pomidzy skaami i od czasu do czasu wychodzilimy na jakiej poacie ska. Widzielimy wysokie szczyty przed nami, na zachodzie i na pnoc od nas, i na poudnie, tak daleko, jak tylko nasz wzrok mg sign. Szczyty byy czerwone i brzowe z yami zielonych pasm lasw, z niebieskimi mgami, jak welon nad gowami. Nigdy nie syszelimy o tych grach, ani nie widzielimy aby byy zaznaczone na jakiejkolwiek mapie. Nieoznaczone Lasy strzegy ich przed Miastami i przed ludmi z Miast.
Wspinalimy si ciekami, ktrymi dzikie kozy nie miay odwagi stpa. Kamienie toczyy si spod naszych ng i syszelimy, jak uderzaj w skay poniej, dalej i dalej w d, a gry dzwoniy z kadym uderzeniem i dugo jeszcze potem, gdy uderzenia zamary. My szlimy dalej, wiedzielimy bowiem, e adni ludzie nie pod naszym ladem, ani nie dosign nas tutaj.
Dzisiaj o wicie zauwaylimy biay pomie wrd drzew, wysoko na ostrym szczycie nad nami. Pomylelimy, e to ogie i zatrzymalimy si. Ale pomie nie porusza si, olepiajc wci jak pynny metal. Wspinalimy si wic w jego kierunku po skaach. A tam, przed nami, na szerokim szczycie, z grami wznoszcymi si z tyu sta dom jakiego nigdy jeszcze nie widzielimy, a biay ogie pochodzi ze soca na szkle jego okien.
Dom mia dwa pitra i dziwny dach, paski jak podoga. Byo wicej okien ni muru na jego cianach, a okna te biegy dookoa, a my nie moglimy zgadn, co w takim razie podtrzymywao budynek. ciany byy twarde i gadkie, z kamienia niepodobnego do kamienia, jaki widzielimy w tunelu.
Oboje wiedzielimy bez sw, e dom ten pozosta z Niewspominanych Czasw. Drzewa osaniay go przed dziaaniem czasu i niepogody, i przed ludmi, ktrzy mieli mniej litoci ni czas i pogoda. Odwrcilimy si do Zotowosej i zapytalimy:
"Boicie si?"
Ale one potrzsny gow. Podeszlimy wic do drzwi i otworzylimy je, i razem weszlimy do domu z Niewspominanych Czasw.
Bdziemy potrzebowali wielu przyszych dni i lat, aby zobaczy, nauczy si i zrozumie rzeczy w tym domu, dzisiaj potrafimy jedynie patrze i prbujemy uwierzy naszym oczom. cignlimy z okien cikie zasony i zobaczylimy, e pokoje s mae, pomylelimy, e nie wicej ni dwunastu ludzi mogo tutaj mieszka.
Nigdy nie widzielimy pokojw tak penych wiata. Promienie soca taczyy na barwach, na kolorach, a byo kolorw wicej, ni uwaalimy za moliwe, my, ktrzy nie widzielimy innych domw ni biaych, brzowych i szarych. Na cianach byy due kawaki szka, ale to nie byo szko, gdy kiedy patrzelimy na nie, widzielimy nasze wasne ciaa i wszystkie rzeczy za nami, jak na powierzchni jeziora. Byo tam wiele dziwnych rzeczy, ktrych nigdy nie widzielimy i ktrych przeznaczenia nie znalimy. I wszdzie byy szklane kule, kule z metalowymi pajczynami w rodku, takimi jakie widzielimy w naszym tunelu.
Znalelimy sypialni i stanlimy bojaliwie na jej progu. By to bowiem may pokj, a w nim tylko dwa ka. W domu nie znalelimy adnych innych ek i stwierdzilimy wtedy, e tylko dwoje ludzi yo tutaj i to przekroczyo nasz zdolno pojmowania. W jakim wiecie yli oni, ludzie z Niewspominanych Czasw?
Znalelimy ubrania, a Zotowosa a usta otworzyy na ich widok, bowiem nie byy to biae tuniki, ani biae togi, byy we wszystkich kolorach, adne dwa nie byy podobne. Niektre obrciy si w py pod dotkniciem. Ale inne byy z trwalszego materiau i w naszych palcach pozostay mikkie i nowe.
Znalelimy pokj ze cianami zrobionymi z pek, ktre utrzymyway rzdy manuskryptw, od podogi a do sufitu. Nigdy nie widzielimy takiej iloci, ani tak dziwnych ksztatw. Nie byy mikkie i zrolowane, ale miay twarde okadki z tkaniny i skry, a litery na ich stronach byy tak mae i tak rwne, e a zdziwilimy si, e istnieli ludzie, ktrzy tak pisali. Przerzucalimy strony i zauwaylimy, e byy zapisane naszym jzykiem, znalelimy jednak wiele sw, ktrych nie moglimy zrozumie. Jutro zaczynamy czyta te skrypty.
Kiedy obejrzelimy ju wszystkie pokoje w domu, spojrzelimy na Zotowos i oboje znalimy swoje myli.
"Nigdy nie opucimy tego domu", powiedzielimy, "ani nie pozwolimy go sobie odebra. To jest nasz dom i kres naszej wdrwki. To jest wasz dom Zotowosa i nasz i nie naley do jakichkolwiek innych ludzi gdziekolwiek na ziemi. Nie bdziemy go dzieli z innymi ludmi. tak jak nie dzielimy z nimi naszej radoci, ani naszej mioci, ani godu. Wic bdzie tak a do koca naszych dni".
"Wasza wola bdzie speniona", powiedziay.
Nastpnie wyszlimy aby zebra drewno na wielkie palenisko w naszym domu. Przynielimy wod ze strumienia, ktry pynie wrd drzew pod naszymi oknami. Zabilimy grsk koz i przynielimy jej miso, aby ugotowa go w dziwnym miedzianym garnku znalezionym w tym miejscu dziww, ktre musiao w tym domu by pomieszczeniem do gotowania.
Zrobilimy to sami, bowiem adne sowa nie mogy odcign Zotowosej od duego szka, ktre nie jest szkem. Stay przed nim i patrzyy, patrzyy na wasne ciao.
Kiedy soce schowao si za gry, Zotowosa zasny na pododze, pomidzy klejnotami i butelkami z krysztau, i kwiatami z jedwabiu. Wzilimy Zotowos na rce i zanielimy j do ka, z gow opadajc lekko na nasze rami. Potem zapalilimy wiec, przynielimy papier z pokoju manuskryptw i usiedlimy przy oknie, gdy wiedzielimy, e nie zaniemy tej nocy.
A teraz spogldamy na ziemi i niebo. Ta przestrze nagich ska i szczytw i wiato ksiyce jest jak wiat gotowy do narodzin, wiat oczekujcy. Wydawao si nam, e wiat ten prosi o znak od nas, o iskr o pierwszy rozkaz. Nie wiemy jakiego sowa, ani jakich wielkich czynw oczekuje od nas ta ziemia. Wiemy, e czeka. Wydaje si mwi, e ma dla nas wspaniae dary, ale wspaniaego daru chce te od nas. Mamy przemwi. Mamy nada cel, najwysze znaczenie caej arzcej si przestrzeni ska i nieba.
Patrzymy przed siebie, bagamy nasze serce o rad, o odpowied na to wezwanie niewypowiedziane przez aden gos, ktre jednak my syszelimy. Patrzymy na nasze rce. Widzimy py wiekw, py, ktry przykry wielkie sekrety i moe wielkie zo. A jednak nie wzbudza to strachu w naszym sercu, lecz tylko cichy al i szacunek.
Moe wiedza przyjdzie do nas! Co to za sekret, ktry nasze serce zrozumiao, a jednak nie odkrywa go nam, chocia uderza tak, jakby starao si to zrobi?

<#FONT:[COLOR:0xFFEDEF61]#>XI<#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>
Ja jestem. Ja myl. Ja chc.
Moje rce... Mj duch... Moje niebo... Mj las...
To moja ziemia...
C mog powiedzie poza tym? To s te sowa i to jest ta odpowied.
Stoj tu, na szczycie gry. Podnosz gow, rozpocieram ramiona. Wanie to, moje ciao i duch, to jest koniec pyta. Chciaem pozna warto rzeczy. To ja jestem t wartoci. Chciaem znale wytumaczenie dla bytu. Nie potrzebuj adnego usprawiedliwienia dla bytu, ani adnego sowa uwicajcego moje istnienie. Ja usprawiedliwiam i uwicam.
To moje oczy widz, a ich spojrzenia nadaj ziemi pikno. To moje uszy sysz, a ich such daje wiatu jego pikno. To mj mzg myli i jego myl jest jedynym wiatem, ktry pomoe znale prawd. To moja wola, a wybr z mojej woli jest jedynym wyrokiem jaki musz uznawa.
Duo sw zostao mi uyczonych, niektre mdre niektre faszywe, ale tylko dwa s wite: "Ja chc"
Jakkolwiek drog obior, gwiazda, ktra mnie wiedzie jest we mnie. Gwiazda i kompas wskazuj tylko jeden kierunek. Wskazuj na mnie.
Nie wiem czy ziemia na ktrej stoj, jest czci wszechwiata, czy zaledwie pykiem zagubionym w wiecznoci. Nie wiem i nie dbam o to. Wiem bowiem jakie szczcie moliwe jest dla mnie na ziemi. A to szczcie nie potrzebuje wyszego celu, by siebie usprawiedliwia. Moje szczcie nie jest rodkiem do adnego celu. Ono samo w sobie jest tym celem. Samo w sobie jest zamierzeniem.
Nie jestem te do uytku innych. Nie jestem sucym ich potrzeb. Nie jestem bandaem na ich rany. Nie jestem ofiar na ich otarzach.
Jestem czowiekiem. Cud mojego istnienia jest moim aby go posiada i trzyma, moim, aby go uywa, moim, aby przed nim klcze!
Nie oddam moich skarbw, ani ich nie rozdziel. Fortuna mojego ducha nie bdzie rozmieniona na monety z mosidzu i rzucona na wiatr jak jamuna dla ubogich duchem. Dopilnuj? moich skarbw, mojej myli, mojej woli, mojej wolnoci.
A wolno jest z nich najwikszym.
Nie jestem dunikiem mych braci, ani ich wierzycielem. Nikogo nie prosz, aby y dla mnie, ani ja nie bd y dla innych. Nie podam adnej ludzkiej duszy, ani moja dusza nie naley do innych, ktrzy jej podali.
Nie jestem wrogiem ani przyjacielem moich braci, lecz dla kadego z nich tym na co sobie zasuy. I aby zyska moj mio, moi bracia musz zrobi wicej, ni tylko si narodzi. Nie rozdaj swojej mioci bez powodu, byle przechodniowi, ktry chciaby j posiada. Zaszczycam ludzi swoj mioci. A zaszczyt jest rzecz, na ktr trzeba zasuy.
Wybior sobie przyjaci spomidzy ludzi, ale nie niewolnikw i panw. A wybior tylko tych, ktrzy mi si spodobaj, i ich bd kocha i szanowa, a nie rozkazywa im, czy ich sucha. I poczymy nasze rce, jeli zapragniemy, albo te bdziemy szli sami, kiedy przyjdzie ch. Bowiem w wityni mego ducha kady czowiek jest sam. I niech kady czowiek zachowa swoj wityni nietknit i nie zbezczeszczon. A potem niech poczy swe rce z innymi, jeli chce, ale tylko poza jej witym progiem.
Sowa "My" bowiem nie wolno nigdy wypowiada, chyba e z wasnego wyboru i na drugim planie. Sowo to bowiem nie powinno nigdy by w duszy czowieka najwaniejsze, gdy staje si wtedy potworem, korzeniem wszelkiego za na ziemi, rdem wszelkich tortur i nieopisanego kamstwa.
Sowo "My" jest jak wylane na ludzi wapno, ktre krzepnie, twardnieje jak kamie i niszczy pod sob wszystko, to co biae i to co czarne, jednakowo gubi si w jego szaroci. Jest to sowo, ktrym zdeprawowani kradn warto dobru, ktrym sabi kradn mocn si, ktrym gupcy kradn mdrym wiedz.
Jak jest moja rado, jeli wszystkie rce, nawet nieczyste, mog jej dosign Jak jest moja mdro, jeli nawet gupcy mog mi rozkazywa. Jak jest moja wolno, jeli wszystkie stworzenia, nawet bezrozumne i bezsilne s mymi panami? Jakim jest moje ycie, jeli mam si tylko kania, zgadza i sucha?
Ale ja zerwaem z t religia nieprawoci.
Skoczyem z potworem sowa "My", sowa niewolnictwa, grabiey, ndzy, faszu i wstydu.
I widz teraz twarz boga i wznosz tego boga ponad ziemi, boga, ktrego ludzie szukali od pocztku swego istnienia, boga, ktry da im rado i spokj, i dum.
Ten bg, to jedno sowo:
"JA" 

<#FONT:[COLOR:0xFFEDEF61]#>XII<#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>
To wanie wtedy, kiedy przeczytaem pierwsz z ksiek, ktr znalazem w moim domu, zobaczyem sowo: "Ja". I kiedy zrozumiaem to sowo, ksika wypada mi z rk i zapakaem, ja ktry nigdy nie znaem ez. Pakaem gdy poznaem, co to wybawienie i co to lito dla caej ludzkoci.
Zrozumiaem rzecz bogosawion, ktr nazywaem moim przeklestwem. Zrozumiaem, dlaczego to co we mnie najlepsze byo moim grzechem i przeklestwem i dlaczego, nigdy nie czuem winy z powodu mych grzechw. Zrozumiaem, e wieki cae ycia w acuchach i pod batem nie zabij w czowieku ducha, ani uczucia prawdy.
Wiele ksiek przez wiele dni przeczytaem. Potem zawoaem Zotowos i opowiedziaem jej, co przeczytaem i czego si nauczyem. Popatrzya na mnie i pierwsze sowa jakie wyrzeka byy:
"Kocham ci"
Wtedy powiedziaem:
"Najdrosza nie jest waciwe aby ludzie nie mieli imion. By czas kiedy kady czowiek mia swoje wasne imi, ktre go wyrniao spord innych ludzi. Wybierzmy sobie wic imiona. Przeczytaem o czowieku, ktry y wiele setek tysicy lat temu i z wszystkich imion w tej ksice jego imi jest tym, ktre chce nosi. Zabra on bogom wiato i przynis je ludziom i nauczy ludzi by jak bogowie. I cierpia ona za swj czyn, jak cierpie musz wszyscy, ktrzy przynosz wiato. Imi jego byo Prometeusz."
"To bdzie twoje imi", rzeka Zotowosa.
"I przeczytaem o bogini", mwiem dalej, "ktra jest matk ziemi i wszystkich bogw, imi jej byo Gaja. Niech to bdzie twoje imi, moja Zotowosa, gdy ty masz by matk bogw nowego rodzaju".
"Bdzie to moje imi", rzeka Zotowosa.
Teraz patrz przed siebie. Moja przyszo jest jasna. wity ze stosu widzia j, gdy wybra mnie na swego nastpc, na nastpc wszystkich witych i mczennikw, ktrzy byli przed nami i ktrzy zginli z tego samego powodu, przez to samo sowo, obojtnie jak nazywali swj powd i swoj prawd.
Bd mieszka tutaj w moim domu. Bd dostawa ywno od ziemi dziki pracy swoich wasnych rk. Poznam z moich ksiek wiele sekretw. Przez przysze lata odbuduj osignicia przeszoci i otworz drog by nie je dalej, osignicia, ktre s otwarte dla mnie, ale zamknite dla moich braci, gdy ich umysy s przykute do najsabszych i najgupszych pomidzy nimi.
Dowiedziaem si, e moc z nieba bya znana ludziom ju dawno temu, nazywali j Elektrycznoci. Bya to moc, ktra napdzaa ich najwiksze wynalazki. Owietlaa ona ten dom wiatem, ktre pochodzio ze szklanych kul na cianach. Znalazem maszyn, ktra produkowaa to wiato. Dowiem si jak j naprawi, jak spowodowa by znowu pracowaa. Naucz si uywa drutw, ktre przenosz t moc. Potem wybuduj z drutw barier dookoa mojego domu i przez cieki, ktre do niego prowadz, barier lekk jak pajczyna i bardziej nieprzebyt ni ciana z granitu, barier, ktrej moi bracia nigdy nie bd w stanie przekroczy. Gdy nie maj oni nic, czym mogliby walczy ze mn, nic z wyjtkiem brutalnej siy ich liczby. A ja mam swj umys.
Potem tu na szczycie gry, ze wiatem lecym u stp, i jedynie socem nad gow, bd y prawd. Gaja nosi w sobie moje dziecko. Nasz syn bdzie wychowywany na czowieka. nauczy si mwi: "Ja" i by z tego dumnym. Nauczy si chodzi prosto na wasnych nogach. Nauczy si szacunku dla wasnego ducha.
Kiedy przeczytam wszystkie ksiki i poznam moj now drog, kiedy mj dom bdzie gotowy, a ziemia uprawiana, przekradn si pewnego dnia po raz ostatni do przekltego Miasta mojego narodzenia. Wezw do siebie mojego przyjaciela, ktry nie ma innego imienia ni Midzynarodowy 4-8818, i wszystkich jemu podobnych: Braterstwo 2-5503, ktry pacze bez powodu, Solidarno 9-5347, ktry wzywa pomocy nocami i wielu innych. Wezm wszystkich mczyzn i wszystkie kobiety, ktrych duch nie zosta zabity, ktrzy cierpi pod jarzmem swych braci. Pod za mn, a ja zaprowadz ich do mojej fortecy. I tutaj, w nieoznaczonym pustkowiu, ja i oni, moi wybrani przyjaciele, moi wspbudowniczowie, napiszemy pierwszy rozdzia nowej historii ludzkoci.
To wszystko jest przede mn i gdy stoj tutaj, u wrt chway, po raz ostatni ogldam si za siebie. Patrzc na histori ludzi, ktrej nauczyem si z ksiek i myl. Bya to duga historia, a duch, ktry j napdza, by duchem wolnoci. Ale czym jest wolno? Wolno od czego? Nic nie moe zabra czowiekowi wolnoci, jedynie inni ludzie. Aby by wolnym czowiek musi by wolny od swych braci. To jest wolno. To i nic innego.
Najpierw czowiek by zniewolony przez bogw. Ale zerwa te acuchy. Owiadczy wszystkim swoim braciom, e czowiek ma prawa, ktrych ani bogowie, ani krlowie, ani inni ludzie nie mog mu odebra, obojtnie jaka jest ich ilo, gdy to jest prawo czowieka i nie ma na ziemi prawa ponad to prawo. I stan na progu wolnoci, za ktr przez minione wieki przelano krew.
Ale potem zarzuci to wszystko co wygra i upad poniej swojego dzikiego pocztku.
Co doprowadzio do upadku? Jakie nieszczcie odebrao ludziom rozum? Jakie chosty rzuciy ich na kolana we wstydzie i poddaniu? Uwielbienie dla sowa: "My".
Kiedy ludzie zaakceptowali ten kult, konstrukcja wiekw runa wok nich, konstrukcja, ktrej kada belka pochodzi z myli jednego czowieka, z kadego jego dnia w odlegych wiekach, z gbi jednego ducha, ktry istnia tylko dla siebie. Ci ludzie, ktrzy przetrwali - chtni do posuszestwa, chtni aby y jeden dla drugiego, poniewa nie mieli nic innego na swoj obron, ci ludzie nie mogli ani kontynuowa, ani zachowa tego co dziedziczyli. W ten sposb zginy na ziemi wszystkie myli, caa nauka, caa wiedza. W ten sposb ludzie - ludzie, ktrzy nie mieli nic do zaoferowania za wyjtkiem swojej iloci - stracili stalowe wiee, latajce statki, druty z moc, wszystkie rzeczy, ktrych nie stworzyli i ktrych nie mogli utrzyma. Moe pniej narodzio si kilku z umysem i odwag zdoln przywrci rzeczy, ktre utracili, moe ci ludzie stanli przed Radami Uczonych. Odpowiedziano im, to co mnie - i z tych samych powodw.
Ale ja wci zastanawiam si, jak to byo moliwe, dawno temu, w tych niewdzicznych czasach przemian, e ludzie nie widzieli dokd id i szli dalej w zalepieniu i tchrzostwie ku swemu losowi. Zastanawiam si, gdy jest to dla mnie nie do pojcia, jak ludzie, ktrzy znali sowo "Ja" mogli je odrzuci nie wiedzc co trac. Ale tak to wygldao, ja bowiem yem w Miecie przekltym i wiem, jakie okropnoci pozwoli czowiek zgotowa sam sobie.
By moe byo w tamtych czasach kilku ludzi o jasnym wzroku i czystej duszy, ktrzy nie wyrzekli si tego sowa. Jakie musiao by ich udrczenie, gdy zobaczyli nadchodzce, a oni nie mogli tego powstrzyma. By moe krzyczeli protestujc i ostrzegajc. Ale inni nie suchali ich ostrzee. A oni, tych niewielu, walczyli w beznadziejnej walce i zginli z flagami zbryzganymi wasn krwi. Wybrali mier w imi wasnej wiedzy. Do nich le po przez wieki moje pozdrowienie i wspczucie.
To ich sztandar trzymam w rku. I chciabym mie moc, aby powiedzie im, e rozpacz ich serc nie bya ostateczna, a noc nie bya bez nadziei. Gdy walka, ktr przegrali nie moe by przegrana. Gdy to, za co umarli, nie moe zgin. Przez ciemnoci, przez cay wstyd na jaki sta czowieka, duch ludzki zawsze pozostanie ywy. Moe jedynie zasn, ale zbudzi si. Mona go zaku w acuch, ale zerwie go. A czowiek pjdzie dalej, czowiek nie ludzie.
Tutaj, na tej grze, ja i moi synowie, moi wybrani przyjaciele, wybudujemy nasz nowy kraj i twierdz. I bdzie on jak serce ziemi. A drogi bd jak yy przynoszce najlepsz krew wiata do moich progw. I wszyscy moi bracia i Rady moich braci usysz o tym, ale nie bd zdolni stan przeciw mnie i nadejdzie dzie, kiedy zerw wszystkie acuchy ziemi i zetr z niej Miasta zniewolonych, a dom mj stanie si stolic wiata, gdzie kady bdzie wolny, by y tylko dla siebie.
Bowiem przez reszt nadchodzcych dni bdziemy walczy, ja i moi synowie, i moi wybrani przyjaciele. Za wolno Czowieka. Za jego ycie. Za jego honor.
A tutaj na portalu mojej twierdzy wyryj w kamieniu sowo, ktre ma by mym drogowskazem i sztandarem. Sowo, ktre nie zginie nawet wtedy, gdy my wszyscy padniemy w boju. Sowo, ktre na tej ziemi nigdy zgin nie moe, gdy jest jej sercem i chwa.
wite sowo:
"EGO"
 

<#FONT:[BOLD:1]#><#FONT:[COLOR:0xFFFFFF40]#>Crasher<#FONT:[BOLD:0]#><#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>