<#KEYWORDS:[WORDS:<Poranek po burzy >]#><#SCROLLS:[BYLINE:1][BYPAGE:1][BYTWOPAGES:0]#><#JLIMIT:[C1LMARGIN:10][C1RMARGIN:630][C2LMARGIN:10][C2RMARGIN:300]#>
<#JUSTIFY:[TYPE:2]#><#FONT:[BOLD:1][FACE:<arial.ttf>][AALIASED:1][SIZEX:12][SIZEY:16][COLOR:0xFFFFFF40]#>Poranek po burzy
<#FONT:[FACE:<arial.ttf>][BOLD:0][SIZEX:10][SIZEY:12 ][COLOR:0xFFFFFFFF]#><#TITLE:[CAPTION:<Poranek po burzy>][AUTOSCROLL:1]#>

	Smagana pocaunkami wiatru, biaa firanka, raz po raz wydymaa si w oknie. Przez jej delikatny, zwiewny woal wkrada si w noc pokoju wty ksiycowy refleks. Dwiki ciszy ulatyway lekko w gr, zaczepiay si o zasony, osiaday na meblach, na figurce biaego sonia i na poduszkach. Wszystko spao. Cicho, spokojnie, tak, jak przyroda uspokaja si po burzy, tak teraz wszystko si uspokoio. Wyciszyo.
	agodnym gestem uniose do, by odgarn kosmyk wosw z mojego policzka. Teraz wiem ju, czemu tak uparcie opada... Nie pamitam ju dokadnie, czy wtedy spaam, ale wszystko wok byo niezwyke, tajemnicze i niecodzienne. Jakby ten zwyky, szary wiat znikn gdzie, a w jego miejsce pojawi si nowy, jeszcze przez nikogo nie odkryty. Fascynujcy, wspaniay, doskonay, nieodgadniony...
	Firanka znowu zataczya. Do pokoju wpadao wiee, rzekie powietrze. Otulao chodn koderk cae moje ciao, gaskao po wosach, piecio kark i policzki. Wiatr wlecia na kilka sekund do rodka, delikatnym pocaunkiem musn moje powieki i po chwili ju go nie byo. Wrci do swojej firanki, biaej baletnicy, odzianej w niene, zwiewne koronki.
	Cisza lekka jak motyl zawisa ponad nami, tak leciutko i agodnie jak puchowe piro, po czym opada mikko, otulajc nasze splecione donie ciep, przytuln chust. Ucisk palcw zela nieco, kiedy poczuy jej dotyk... W ciemnoci rozwietlanej blaskiem ksiyca zza okna, spotkay si dwie pary oczu. Bez niepotrzebnych sw spoglday na siebie, obdarzajc si siwozielon pieszczot, czu, tkliw, serdeczn, przepenion uczuciem, bliskoci... Sowa czsto bywaj zbdne, ale dopiero teraz si o tym przekonaam. Wczeniej sowa byy cikie jak kamienie, rodziy si z hukiem i blem, raniy do krwi... Pozostaway w sercu na podobiestwo ostrych, dugich cierni, rozdzierajcych delikatne tkanki. Sowa... C znacz w obliczu uczucia sprawiajcego, e co w czowieku rozkwita jak kwiat, a kolce tkwice w duszy kruszej i rozpadaj si w proch... e co oywa na nowo, znowu si umiecha... I adne sowa nie potrafi odda tego uczucia...
	Bez zbdnych sw jedne usta umiechaj si lekko, wilgotniej i rozchylajc si, cauj drugie. Chwila, jeden moment, uamek sekundy, wieczno Czas traci swoje znaczenie, nic si nie liczy poza t jedn, zmysow pieszczot warg, subteln gr dwch, spragnionych oddechw... Delikatny dotyk Twojej doni na moim policzku sprawia, e przestaj myle, chonc Twoj obecno, Twoje palce wplatajce si w moje wosy rozrzucone niedbale na poduszce, municia Twoich warg, ktre wprawiaj cae moje ciao w drenie, pieszczota wzroku...
	Nawet wiatr ucich, nie chcc zakca ciszy naszego pocaunku. Firanka zastyga w bezruchu. Zazdroci. Odziana w koronki jak ksiniczka, zwiewna i delikatna, a mimo to zazdroci. Zazdroci kolorw. Bo pieszczota Twoich doni ma kolor zielony - ciepy i mikki. Spojrzenie Twoich oczu posiada gbi zielonkawych morskich fal, dzikich w jednej i agodnych w drugiej chwili. Twoje pocaunki to czerwie - kolor namitnoci, pasji, podania, ognistych iskier. Umiech jest bkitny, jak pogodne, wesoe niebo, zim, latem, to nie ma znaczenia. Dla mnie kady jeden ma odcie bkitu... Tyle kolorw... Jak w tczy. A na kocu kadej tczy czeka na znalazc czterolistna koniczyna - szczcie.
	Mile znajomy dreszcz przebiega mi po plecach, kiedy przesuwasz do na mj kark... Cudownie jest si budzi po burzy w Twoich ramionach i wspaniale byo zasn w Twoich objciach, opiekuczych, czuych, silnych, troskliwych, serdecznych, penych ciepa, penych wszystkiego, co potrzebne jest, by poczu si bezpiecznie, by ze myli i wspomnienia umkny gdzie i pochoway si po ktach, by rano pierzchy przed wiatem. Twoje spojrzenie otula mnie mikkim, aksamitnym szalem, topniej pod Twoimi palcami wirtuoza, budzisz we mnie now burz. Burz gorcych uczu, pragnie, westchnie, niemej proby... Ju nie pamitam o co... Zamykasz mnie w swoich przytulnych objciach i pozwalasz trwa w takim sodkim wizieniu, karmic rozkosz swojej bliskoci, usypiajc miarowym rytmem bicia swego serca. Wystarczy zamkn oczy, by odpyn w krain snu...
	Firanka poruszya si niemiao, zawstydzona sw jednobarwn nagoci. Wiatr ukradkiem zajrza przez okno, po czym cofn si i znikn midzy ciemnymi koronami drzew. Gwiazdy nie zwrciy na niego uwagi zajte milczeniem i migotaniem w ostatnich godzinach nocy.
	wit wkrad si do pokoju niespodziewanie, burzc intymno naszego snu. Otworzyam oczy. Dwie pary renic ponownie si spotkay, kochajc si wzrokiem, napawajc erotyzmem narodzonym z wieczornej burzy. Palce obu doni sploty si ze sob, dwa umiechy powiedziay sobie: "Dzie dobry". Zegar zabi siedem razy. Tak zaczyna si poranek. Poranek po burzy cia i uczu. Poranek po nocy spdzonej z Tob. Najcudowniejszy, jaki mona sobie wymarzy...

<#FONT:[BOLD:1]#><#FONT:[COLOR:0xFFFFFF40]#>Marta Bilewicz<#FONT:[BOLD:0]#><#FONT:[COLOR:0xFFFFFFFF]#>
